Home Zawody Carpathian Cup 2010, Pylypec (Ukraina)
Carpathian Cup 2010, Pylypec (Ukraina) PDF Drukuj Email
Wpisany przez Sław   

Projekt
Na pomysł wyjazdu na wschód wpadłem po całkiem udanym wyjeździe zeszłorocznym na zawody przelotowe do Bułgarii. Gdziekolwiek sięgnąć okiem - cyrylica. Na drogowskazach, na bilbordach, na samochodach... słowem wszędzie. Nie każdy Europejczyk umie z niej skorzystać, więc myślę, że wschód stworzony jest dla nas Polaków. Zdaniem niektórych językoznawców w Polsce również powinien obowiązywać ten system pisowni. Ponieważ utożsamiam się z kulturą słowiańską, a tak mało miałem okazji jej poznać, to oczywistą była decyzja - "wchodzę w to".
Nigdy dotąd nie byłem za granicą na wschód od Polski. A swojskie (czyt. zaniedbane i zniszczone komunizmem) klimaty krajów z bloku sowieckiego powodują, że człowiek czuje się jak... u siebie w kraju sprzed kilkunastu lat. Obawy i ziarno niepokoju o warunki bytowe, które mogły męczyć śmiałków z centralnej Europy w tym wschodnim "dzikim" kraju podsycały tylko nadzieję na przygodę.
Podróżowanie po Europie już od lat nie stanowi żadnego kłopotu, wszak nie potrzeba do tego celu nawet paszportu. Inaczej jest jednak z Ukrainą. Więc paszport czekał już od kilkunastu miesięcy w szufladzie na odpowiedni moment, aby z niego skorzystać.

Podróż
Niestety mój projekt nie spotkał się z zainteresowaniem kolegów z teamu, a Aneta nie mogła w tym terminie uzyskać urlopu. Cóż pozostaje jeszcze internet i niezawodna w takich sytuacjach grupa dyskusyjna pl.rec.paralotnie. Koniec końców udało się zmontować ekipę do auta wraz ze Sławikiem Butrynem. Start w piątek 9 lipca ze... Stalowej Woli.
Hmmm od lat nie podróżowałem środkami publicznej komunikacji dalekobieżnej. Dlatego jazda pociągiem zo Stalowej Woli z ogromnym bagażem (glajt, torba z ciuchami, namiot, śpiwór, materac) mogła być pewnego rodzaju wyzwaniem. Okazało się jednak, że obawy były płonne. Wszystko poszło jak po maśle.
Na granicy PL-UKRSkoro jest "po maśle" to musi być też "po grudzie". A tak wyglądało przekroczenie granicy PL-UKR. Tam bowiem utknęliśmy na 1,5 godziny. A bezczelność pograniczników i celników ukraińskich przeszła moje pojęcie o pracy urzędnika państwowego. ;-)
Po przekroczeniu granicy znaleźliśmy się już w oczekiwanym "innym świecie". I ku mojemu zaskoczeniu drogi nie okazały się dużo gorsze od naszych. Owszem omijanie dziur sprawia nieco większe kłopoty niż na polskich drogach ale osławione drogi szutrowe czy wręcz gruntowe jakimi mnie straszono - to jakaś bzdura. Mało tego na odcinku od obwodnicy Lwowa do regionu zakarpackiego (naszego celu podróży) oczom naszym ukazała się całkiem przyzwoita równa droga z dwoma pasmami ruchu w obu kierunkach oddzielona pasem zieleni. Czyli coś nieczęsto spotykanego również u nas.
Kłopot powstał tylko po dojechaniu do miejscowości Pylypec, gdzie miały odbyć się zawody. Nie mogliśmy znaleźć biura organizatorów. Brak oznakowanej drogi (kartki A4 ze strzałkami) na kemping to jedyne, jak się potem okaże, potknięcie organizatorów.

Warunki bytowe
Ten temat można by podzielić na dwie części: życie uczestników zmagań oraz życie przeciętnej rodziny ukraińskiej na ukraińskim zakarpaciu.
Dla paralotniarzy przygotowano bezpłatne miejsce do rozbicia namiotów, jednak nie zabezpieczono sanitariatów. Do dyspozycji były dwie toalety i ani jednego prysznica. Dlatego aby się umyć należało mieć kolegów zakwaterowanych w hotelu (80 hrywien/noc), w którym znajdowało się biuro zawodów lub skorzystać z dostępnego za darmo ;-) strumienia.
Odrębnego omówienia wymaga sposób życia mieszkańców krainy zakarpackiej. Okoliczne wsie wyglądają przerażająco w porównaniu do warunków europejskich. Są niczym skanseny - drewniane chaty, ledwo trzymające się kupy zagrody. Wszystko niemalże spróchniałe. W tych domostwach można było spotkać zarówno stare rozpadające się moskwicze, żiguli, zaporożce i wołgi jak też kilkunastoletnie auta zachodniej produkcji. Popularne są też ciężarówki z demobilu wojskowego CCCP. Ludzie jednak nie wydają się smutni. Wręcz przeciwnie - są bardzo życzliwi i uśmiechnięci. Prawdopodobnie fakt, iż te ziemie przed wojną należały do terytorium Polski powoduje taką sympatię do Polaków. Miałem wrażenie, że starsi mieszkańcy pamiętają te czasy.

Skansen z glajtami w tle.

Organizacja zawodów
Mykola Struk - odpowiedzialny za organizację dwoił się i troił aby wszyscy goście byli zadowoleni. Otwarcie z hymnem Ukrainy i oficjelami regionu zrobiły oczekiwane wrażenie na uczestnikach. Organizator zdobył również sponsorów, którzy ufundowali nagrody rzeczowe oraz puchary, medale i dyplomy. W cenie wpisowego było:
- dostarczenie pilotów na startowisko
- zwózka z trasy
- koszulka
- lunch-pakiety
- obsługa gps-ów i buchalteria związana z wynikami
- kilka imprez dla zawodników.
Zaskakującą imprezą okazał się tradycyjny (wydaje się) w tym rejonie tzw. festiwal słoniny. Tak, tak. Degustacja słoniny z chlebem i szczypiorem oraz wódką (jeśli ktoś lubi) było nieoczekiwanym przeżyciem. Początkowo z nieufnością, po pewnym czasie zajadaliśmy się tą słoniną. Niestety żołądki nieprzyzwyczajone do tak tłustego pożywienia reagowały na te specjały różnie. Ale trzeba przyznać, że słonina była zjadliwa - w co na początku nie byłem w stanie uwierzyć. Osobliwe doświadczenie. Kolejne wieczory wypełniały dyskoteki oraz pokazy filmów paralotniowych przygotowane przez ukraińskich uczestników zawodów. Ciekawy był film z holowania za motorówką pędzącą wgłąb morza w Odessie. Tego chyba jeszcze u nas nikt nie próbował.
Gruzawik na startowisku.Dla rodzin zawodników oraz na wypadek braku warunków do latania zaaranżowano wycieczki po okolicznych atrakcjach turystycznych.
Ciekawostką niespotykaną na zawodach w Europie był sposób transportu pilotów. Odbywał się on "gruzawikiem" z napędem na trzy osie marki ZIŁ. Śmiałkowie razem z paralotniami trafiali na pakę. Tak przygotowany transport tarabanił się na szczyty gór, które przypominają nasze bieszczadzkie połoniny tyle że są nieco wyższe (ok. 1500 m n.p.m.). Niesamowite wrażenie. Rzecz niespotykana gdziekolwiek indziej. Dotyczy to nie tylko bezpieczeństwa podróży, ale i braku przeciwwskazań ze strony ekologów i strażników dzikiej przyrody. Niesamowite, ale według mnie chyba niedługo to przeminie również i tam. Tak więc jeśli ktoś lubi takie doznania to chyba ostatni dzwonek aby tego zaznać.

Latanie
Czyli kwintesencja tego artykułu. Latanie na połoninach nie należy do łatwych. Za to startowanie i lądowanie - miód. Startowiska właściwie wszędzie gdzie okiem sięgnąć. Starty możliwe na wszystkie strony świata. Połoniny pokryte są jagodami - stanowiącymi jak gdyby materac (w przypadku nieoczekiwanych przyziemień). Trudność latania wynika ze specyficznego ukształtowania terenu. Wzniesienia o niewielkim nachyleniu z początku pokryte niezbyt gęstymi lasami, w następnych partiach wysokości wspomnianymi jagodami, kończą się trawiastymi halami.
Noszenia są rzadkie. Warunki meteo były powtarzane przez człowieka odpowiedzialnego za prognozy każdego dnia jak mantra: podstawa chmur na wysokości XXXXm, noszenia słabe do umiarkowanych, kierunek wiatru X, możliwość występowania burz 50%. Trafność prognoz można ocenić na 100%. Szczególnie jeśli chodzi o burze. Prawie każdego dnia lokalne i okoliczne burze kończyły zmagania zawodników. Cała sztuka polegała na tym, żeby wystartować tak wcześnie jak to tylko możliwe (zaraz po ruszeniu termiki) i doleć do mety przed rozbudowaniem się cumulonimbusów. Czasami należało uciekać się do stosowania spirali lub innego sposobu wytracania wysokości. Czasami natomiast przy przedwczesnym starcie kończyło się szybką glebą.
Z powyższego opisu można by wywnioskować, że miejsce zajęte przez poszczególnych zawodników to czysty przypadek uzależniony od szczęścia danego delikwenta. Niewątpliwie jest w tym odrobina prawdy. Jednak zwycięzca Stanisław Radzikowski uzyskał przewagę nad drugim w klasyfikacji pilotem o ponad 1000 punktów. To nie mogło być przypadkowe. :-)

Latanie.

Ale wróćmy do latania. Pasmo grani podobnie jak w Alpach charakteryzuje się wystającymi na przedpole grzebieniami. Niestety nie działają one tak jak w Alpach. Do końca pobytu nie mogłem tego pojąć. Być może wpływ na to ma częstotliwość pojawiania się podmuchów termicznych. A już kompletnie nie potrafię wytłumaczyć braku żaglowego podtrzymania o pewnych nieprzewidywalnych porach dnia. Przyklejenie się do stoku często kończyło się lądowaniem przy bezwietrzu na połoninie, a przecież wszystkie znaki na niebie i ziemi (typowe dla Alp) poparte wieloletnim doświadczeniem wskazywały na murowaną obecność żagla.
Takie oto jest latanie w górach typy "bieszczadzkiego". Szacun dla kolegów mieszkających w Bieszczadach za wytrwałość w zmaganiach z podobnym warunem. Pilot z centrum Polski z doświadczeniami beskidzkimi i alpejskimi nie ma tu czego szukać. Trzeba przewartościować swoje umiejętności.
Tabela wyników.Tym bardziej cieszę się z wygrania trzeciego tasku zawodów. A było to dnia 13.07.2010r. Zapamiętam go jako dzień, w którym po raz pierwszy wygrałem taska w zawodach kategorii FAI-2. Wygranie konkurencji w zawodach mniejszej rangi już mi się przytrafiały, więc celowo kładę nacisk na kategorię tych zmagań. Cóż prawdopodobnie zadziałał w tym dniu element przypadkowości, o którym wcześniej wspomniałem. ;-)
Taaak. Niestety następne konkurencje paskudnie knociłem. Znalezienie się w okolicach podium po 4 taskach spaliło mnie wewnętrznie. Jak człowiek bardzo chce - to mu nie wychodzi. Plan był taki, żeby wejść do pierwszej trójki i zdominować podium za pomocą dwóch Polaków. Skończyło się na 10 miejscu w generalce.
Cóż, to następne doświadczenie. Człowiek musi wyciągać wnioski. I ja mam nadzieję je wyciągnąłem i następnym razem nie sprzedam tak tanio skóry.

Teamowo
Ponieważ jak wspomniałem koledzy z rohacka.pl zapatrzeni są na połykanie kilometrów a nie na zabawę w rywalizację zadaniowo-szybkościową, znalazłem się na zawodach w pojedynkę. Ale w podobnej sytuacji znalazł się członek innego teamu. Stąd powstał pomysł połączenia dwóch teamów i tak rohacka.pl + karpaty paragliding team dały w sumie "rohacka karpaty team". I uwaga - ten łączony team uplasował się na III pozycji w rywalizacji drużynowej. Co zostało przypieczętowane medalami, pucharem i dyplomem (cyrylicą!). Pozdrawiam Stana i Adama.

Medaliści.

(właściciel foto Stanisław Radzikowski)


Elementy składowe
Elementami najczęściej składającymi się w paralotniarstwie są... paralotnie. Podczas zawodów było kilka paczek, przydrzewień i przyglebień. Wszystkie one (według mnie) były spowodowane tym, że delikwent znajdował się w miejscu i czasie, w którym nie powinien bPrzed burząył być. W grę wchodziły rotory na zawietrznych oraz turbulencje powstałe w wyniku ssawy rodzących się CeBeków. Całe szczęście wszystkie incydenty zakończyły się tylko na strachu i siniakach. O niesamowitym szczęściu mogą mówić uczestnicy spadnięć bez użycia zapasów. Jedna osoba nie mogła uwierzyć w to, że nie uda się wyprowadzić skrzydła (klasy EN C) dlatego nie rzucała paczki aż do ziemi, a druga nie użyła zapasu bo... go nie miała. Wot ciełowiek! Pierwszy przypadek skończył się na materacu jagodowym a drugi w drzewach. Ludzie opamiętajcie się!

Zakończenie
Wyjeżdżając na Ukrainę na latanie, dobrze jest wybrać się na zawody z powodu zabezpieczenia medycznego jakie każdy organizator zawodów musi zapewnić. Jak się okazuje maślane dla niektórych warunki mogą okazać się krwiożerczymi dla innych, a wtedy o nieszczęście nie trudno.
Wyjeżdżając na Ukrainę na latanie należy się nastawić na aspekt krajo- i kulturoznawczy, a nie tylko na sportowy lub wyczynowy.
Wyjeżdżając na Ukrainę na latanie warto mieć szczęście do pogody. Ja takie miałem, gdyż pomimo codziennych burz, podczas ośmiodniowego pobytu latałem we wszystkie 8 dni. Tego jeszcze nie doświadczyłem, żeby w jednych zawodach poszło 7 tasków.
Polecam.

© Sław

 

Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: Joomla Template, mysql tables. Valid XHTML and CSS.