Home Zawody Całkiem subiektywna relacja z XC-Open Piedrahita 2008
Całkiem subiektywna relacja z XC-Open Piedrahita 2008 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Tomo i Greg   

Druga edycja XC-Open 2008 odbyła się w Piedrahicie. Bilety zarezerwowałem już w styczniu bo były tanie a poza tym doświadczenia z zeszłego roku kazały mi wrócić do Hiszpanii. Latanie tam jest dość taktyczne. Po pierwsze lata się po północnej stronie gór co powoduje trochę zamieszania. Po drugie w którąkolwiek stronę sie nie poleci z wiatrem to i tak zawsze w końcu leci się pod wiatr. A poza tym Hiszpania jest po prostu fajna. Jest trochę jak w Polsce - na wsi nikt nie mówi po angielsku, trudno złapać stopa, generalnie mają Cię w dupie ale jak się wejdzie do baru - a barów mają najwięcej w EU w przeliczeniu na mieszkańca - to zawsze można pogadać choć i tak nikt nic nie zrozumie. I mają tam przepyszne oliwki. Hiszpanie z prowincji nie rozumieją do tego stopnia, że stojąc vis a vis rury z piwem nie wystarczy pokazać, że chce się 'to'. Trzeba wyartykułować, że 'piwo' i to najlepiej po hiszpańsku 'cerveza' bo na 'birra' robią wielkie oczy i bezradnie rozkładają ręce. Są natomiast zawsze chętni żeby tłumaczyć. Tłumaczą cokolwiek, byleby coś gadać. Prawdopodobnie możnaby dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy.

Gdy przyjechaliśmy to pani przez 40 minut opowiadała nam n/t eksploatacji domu, w którym mieliśmy spędzić kolejne 9 dni. Nie pomagały znaki rękami, że nic nie rozumiemy. Meldunek i papierologia zajęły dwa dni bo pani nie potrafiła odróżnić imienia od nazwiska mimo, że w dowodzie stoi po angielsku co jest imię a co nazwisko, a polskie nazwiska kończą się dość charakterycznie. No ale na kwicie musi być dokładnie bo co powie urzędnik, który z pewnością zna polski...?

To wszystko to jednak miły folklor, podobne 'nieporozumienia' zawsze kończą się śmiechem i są częścią przygody. Nikt do nikogo nie ma pretensji, na wszystko jest czas, z reguły jutro, i ogólnie jest miło.

Latania w tym roku nie mieliśmy dużo ale i tak więcej niż na rozpoczętych zaraz po XC-Open zawodach niemieckich. Na 8 dni mieliśmy 4 dni lotne, z których 2 były naprawdę fajne, z tych dwóch 1 był mega, a pozostałe 2 raczej ciężkie. Niektórzy latali w dniu kiedy latać naszym zdaniem się nie powinno a Maurer tego właśnie dnia poleciał 170km. Warunki były takie, że 10 min od otwarcia okna, gdy pierwsze glajty wzbiły się w powietrze i w tym samym momencie zostały poskładane, organizator anulował konkurencję. Polecieli Ci co chcieli. Polaków wśród nich nie było.

Wracając do tych dobrych dni - szło nam, znaczy polskiej grupie całkiem przyzwoicie. Po pierwszym dniu gdy polecieliśmy do Avili, spowrotem połowę drogi do Piedrahity i jeszcze raz do Avili większość Polaków była na pierwszej stronie wyników tj. w pierwszej dwudziestce. Ten dzień był w pewnym sensie dniem treningowym z podstawami na 2700m npm. Leciało się bardzo logicznie choć nie szybko. W okolicach Avili wciągnęła mnie chmura i poraz pierwszy w chmurze zwariował mi GPS. Dramaturgii dodawał fakt, że tuż przed zassaniem latałem w jednym kominie z niebieskim UP Edge'em, który prawdopodobnie też został wciągnięty i musiał być gdzieś obok mnie. Nie pomagały spirale, tzn. pomagały trochę bo zamiast 12m/s miałem 2m/s do góry. Więcej boję się kręcić bo nie jestem akrobatą. Do tego poniżej, w tym samym kominie kręciło jeszcze 5 czy 6 glajtów i nie bardzo uśmiechało mi się wypadać w jakiś karkołomnych konfiguracjach prosto w lecących pode mną gości. Miałem nawet przez chwilę taki plan żeby dać się pożreć bo chmury tego dnia nie były bardzo grube. Ale jakoś ten plan mi nie wypalił. Koniec końców udało się bez strat.

Kolejny dzień został określony przez szefa górki - Stefka Szynkę (Steve Ham) jako klasyczny dzień w Piedrahicie. Słaby wiatr SW. Po starcie poleciałem do przełęczy Villatoro jakieś 15km na ENE od statu - normalna trasa. Za przełęczą się zaczęło. Dwie chmury w odległości jakiś 3km ode mnie, pod którymi krażyły glajty. Obie dobre, można wybrać co komu pasuje bardziej. Póżniej było jeszcze lepiej. Podstawy 3700m, wiaterek w plecy tak, że leciało się ok 60kmh na 1/2 - 2/3 spida. Mój Poison2 jest do tego stworzony. Tylko Greg meldował, że padł na przełęczy. W taki warun! Zaraz potem odezwał sie Kacper z 50km - był bardzo szybki i poleciał za daleko od chmur. Gleba. Cóż, zwykły pech.

70-ty kilometr - okolice Avili. Podstawy nie mniej niż 3500m, do wyboru dwa szlaki, może nawet trzy, mocne, szerokie noszenia 5-6m/s. 20km za Avilą zaczyna się strefa podejścia lotniska w Madrycie. Max. dozwolony pułap 3000m albo dyskwalifikacja od momentu przekroczenia tej wysokości. No i zaczął się festiwal spiral i klap - warun aż piszczał - pełna bela 4m/s do góry po prostej i... sztuczny sufit. I lecieliśmy tak do samego końca klnąc to ograniczenie na czym świat stoi. Prawdę mówiąc jeszcze podczas odprawy nie przejmowaliśmy sie nim zbytnio bo za Avilę nie dolatuje się codziennie. To był dzień na 200km z haczykiem ale ten cholerny sufit wszystkich nas ograniczył. Umiejętności z resztą też.

Od setnego kilometra lecieliśmy w ustalonej grupie 6 glajtów, z Klaudyną i Bartkiem i jeszcze trzema Niemcami. Dzień miał się ku końcowi, dochodziła 18:30. W radiu co jakiś czas odzywał się Janusz podając swoją pozycję. Był 8-9km przed nami. Spadliśmy dość nisko, na jakieś 1450m, ok. 300m nad ziemią. Ale bez stresu bo o tej porze ziemia jest tak wygrzana, że nie ma mowy o szybkim lądowaniu. No i zgłosił sie Janusz, że właśnie wylądował bo task time się skończył. Owszem skończył się, Januszowi, bo miał żle ustawiony zegar w Compeo. Zaprzepaścił godzinę czyli jakieś 35km. Właśnie oglądał nas z dołu jak odchodziliśmy z ptaszyskami w ogromnym, szerokim i spokojnym noszeniu.

Od tego momentu skończyła się współpraca. Zaczął się wyścig. Klaudia zaczęła pociskać przodem na swoim Boomie, za mną Bartek, który chyba nie wiedział do końca o co chodzi i dryndził sobie spokojnie na testowym VenusieII. Niemcy załapali momentalnie i dali po gazie ale byli niżej. Ostatnie 15 minut to pełna bela spod 3000m. 10 sekund po 19:30 pierwszy Niemiec idąc na całość wylądował po prostej w słonecznikach, kolejny kilkaset metrów dalej w polu. Klaudia, ja i Bartek mieliśmy ciągle jakieś 200m do ziemi. Zatrzymały nas kable. Lądowaliśmy 4-5 minut po czasie na tej samej łące, Bartek ciągle nieco trochę z tyłu ale z zapasem wysokości przeleciał nad kablami. 163km. Super dzień. Super zwózka w wykonaniu Przemka - Jumbo. Dziś, tydzień po powrocie wiem, że choćby dla tego jednego lotu warto było tam jechać.

Kolejne dni to mocny wiatr, dwie kompletnie zawalone konkurencje i duużo jedzenia. Bo jak sie nie lata to się je :-)

Za rok jedziemy znowu.

© Tomo


"Piedrahita - suplement"

Dzień się powoli kończy. Noszenia powoli wygasają. Trzymam się jeszcze jakiegoś rahitycznego tchnienia, ale już tylko siłą woli. W oddali pojedynczy glajt pod chmurą, jemu też już nie wydaje. Chłopaki siedzą na glebie, też gdzieś w tej okolicy, słyszałem przez radio jak się meldowali. To był udany dzień pomimo kiepsko zapowaiadającego się deszczowego poranka. Ale w końcu udało się polecieć choć wynik może nie powala.

Daję za wygraną. Odwijam z wiatrem wzdłuż jakieś drogi i po chwili siadam na jakiejś łące. Zrzucam uprząż i udaję się na rytualanego sika. Rozluźniony, mile zmęczony i zadowolony z dobrego dnia zabieram się do zwijania sprzętu. Bez pośpiechu, w ciepłych promieniach zachodzącego słońca, z myslami jeszcze pod podstawą gdzie byłem kilka chwil wcześniej - po prostu sielnaka. Czuję jednak jakiś delikatny niepokój który zakłóca tę zdawałoby się niezmąconą chwilę szczęścia. Pochylony nad uprzążą odpinam radio, wyciągam klamoty z kieszeni, porządkuję taśmy. Przechodzi delikatny, ciepły podmuch, który roluje mi kawałek glajta - ech, gdybym był jeszcze w powietrzu pewnie ten podmuch pozwoliłby mi polecieć jeszcze kilka kilometrów, a może nawet zabrałby pod podstawę? Niepokój się wzmaga. Co u licha? Nagle wiem. Nieruchomieję. Do mojej świadomości dotarł wreszczie bodziec, który mnie niepokoił. Za moimi plecami słyszę głębokie, niskie na granicy progu słyszalności, coś jakby...? Przez moment przychodzi mi na myśl mruczacy kot, ale to mruczenie ma w sobie moc zdecydowanie większą niż zwykły kotek, a przede wszystkom dochodzi z pewnego oddalenia... To co zobaczyłem odwróciwszy głowę zdecydowanie nie było kotkiem. Stało jakies dziesięć metrów ode mnie, było czarne, duże i spoglądało spode łba, nerwowo przebierając kopytem. No tak, to w końcu Hiszpania...

PS. Mój glajt na sczęście był biało-pomarańczowy nie czerwony, choć podobno kolor nie ma znaczenia...

PS2. Płot był na szczęście blisko, tylko ja byłem po jego niewłaściwej stronie...

PS3. Nie sądziłem, że skok przez płotki to moja koronna dyscyplina sportu :-)

© Greg

PS. Więcej zdjęć z tych zawodów znajdziesz w Galerii.

 

Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: Joomla Template, mysql tables. Valid XHTML and CSS.