Home Zawody Polish Paragliding Open 2006
Polish Paragliding Open 2006 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Greg   

Plakat

Kolejną wyprawę glajciarską mamy za sobą. Sławny wpadł na pomysł, żeby każdy napisał parę słów na temat tego wyjazdu i w ten sposób miała powstać relacja z zawodów. Pomysł super, tylko o czym tu napisać? O tym jak mnie wciągnęło w chmurę i najpierw straciłem orientację a potem mało nie zderzyłem się ze Sławnym? O tym jak całą chmarą przecinaliśmy kłaczki na wskroś? O przecudnych górach oświetlonych zachodzącym słońcem? O kablu, który najpierw został cudem ominięty przez kolegę, a potem odebrał życie innemu? O tym, że trzeba się bać jak się lata? O powrotach z przelotów? Wszak każdy to mała epopeja :-) O winie, pizzy i imprezach w knajpie u Polki? O ludziach, którzy tam byli i tworzyli klimat tego miejsca i czasu?

Przewodnik po dokumencie. Klikając tytuł przeniesiesz się do wybranego rozdziału:
  • O lataniu w śniegu
  • O lataniu w deszczu
  • O przygodnym lądowaniu
  • O paczki rzucaniu
  • O Supermercati Dolomiti
  • O Konciarzu
  • To w zasadzie tyle

    O lataniu w śniegu
    Podczas tego wyjazdu zdarzyło się to 2 razy. Pierwszy raz w Bassano, na kilka dni przed zawodami. Lataliśmy tu poprzedniego dnia i było dość upalnie. Mimo późnego startu udało się dość fajnie polatać. Tego dnia, gdy wjeżdżaliśmy na górę było wyraźnie chłodniej i powietrze było krystalicznie czyste. Zaczęły się pojawiać pierwsze kłaczki, więc rozłożyliśmy sobie taska i zaczynamy się szpeić. Pierwsze zaskoczenie po wykręceniu komina było takie, że od jakiejś wysokości góry były pokryte śniegiem. W sumie niby nic dziwnego, w górach to się zdarza, ale w czerwcu, w słonecznej Italii? W powietrzu było dość żwawo. Tomo pół godziny później zaliczył swój komin życia, a i mną nieźle rzucało. Chmury rozbudowały się już nieco, ale bez przesady. Wykręciłem podstawę nad zaśnieżoną Cimą i odpalam w kierunku serpentyny na Punta Musce. Ktoś z naszych już tam jest, widzę biały przecinek tuż nad grzbietem. Obserwuję chmurę do której lecę. Musi nieźle ciągnąć. Podstawa nieco się obniżała, z jednej strony opadając jakby kosmykiem włosów. Czyżby czekało mnie krążenie w deszczu? W końcu do niej docieram i zaczynam penetrować w poszukiwaniu noszenia. Namierzam centro i pomykam do góry. Kosmyk jeszcze się nieco wydłużył, ale nie jest zbyt rozległy, więc pewnie uda się jakoś go oblecieć. Nie zdążyłem do końca tego pomyśleć, kiedy usłyszałem suche stukanie o czaszę glajta i przed oczami zawirowały mi płatki śniegu. Płatki to źle powiedziane; były to takie trochę zbite, suche kuleczki, jakby ze styropianu, wielkości dwóch, może trzech milimetrów. Od razu zawróciłem, ale i tak dość szybko opad zgęstniał i po chwili zacząłem się obawiać, że zapada mi okulary. Dobrze, że je miałem, bo zdarza mi się ich nie założyć przed startem! Na szczęście śnieg się topił, nie zamarzał, na szkłach i było coś widać. Pomimo opadu dość dobrze nosiło. Ciekawe, czy ten śnieg pada na dół, czy do góry? Na mnie po prostu wpadał od przodu. Postanowiłem zrobić jeszcze dwa kółka i zmykać.

    Deszcz w Bassano.

    Tego dnia jeszcze dwa razy na mnie sypało, ale już mniej intensywnie. Dementuję, jakoby zapchało mi śniegiem wloty komór do glajta :-)

    Drugi raz było to już w Pieve. Nie było konkurencji, bo rano pogoda była do niczego i rada pilotów zarządziła dzień treningowy, ale my postanowiliśmy przeczekać. Przeczucie nas nie myliło. Po południu niebo się przetarło i pojawiły się kumulusy. Oczywiście ustaliliśmy sobie traskę treningową i lecimy. Plan jest taki, żeby polecieć w lewo, oblecieć najpierw "naszą" dolinkę, po graniach do dziewiątki (punkt zwrotny nr 9) i wrócić, następnie przeskoczyć przez dolinę Piavy na prawo od startowiska i polecieć przez Konserwę (Mt Serva) najdalej jak się da a potem znowu wrócić. Startuję. Krążąc wydostaję się najpierw nad grań, potem robię jeszcze ze dwie setki i skaczę przez odnogę doliny na nasłonecznioną, skalną ścianę. Tam bez problemu łapię komin i podziwiam widoki. A jest co podziwiać. Widać wszystko jak na dłoni: Dolomity z Marmoladą na północy, pośród morza postrzępionych grani Alp, równie postrzępione morze szczytów na wschodzie, trochę łagodniejsze kopuły z Cima Grappa na zachodzie i równiny ciągnące się do Zatoki Weneckiej na południu. Uświadamiam sobie, że w tym rejonie tak wysoko jeszcze nie byłem. Zazwyczaj woziłem się na wysokości czubków gór a teraz mam pod sobą dwuipółtysięczne szczyty, i to tak z pięć stówek poniżej. Zimno przeraźliwie. Ze stanu błogiego zachwytu wyrywa mnie znajomy już suchy stukot śnieżnych kuleczek o czaszę. Patrzę w górę i dziwię się, że ten nędzny kłaczek, pod którym krążę wyprodukował opad. Tym razem jednak skończyło się dużo szybciej niż nad Punta Musce. Miałem już wystarczającą wysokość, więc odszedłem na przeskok do dziewiątki i już było po śniegu.

    O lataniu w deszczu
    Było już o śniegu to teraz będzie o deszczu. Opady miały widać swoją istotną rolę podczas tego wypadu.

    Pierwsza konkurencja. Podstawy dość nisko i w ogóle dość dużo syfu w powietrzu. Mamy lecieć za Belluno, do punktu zwrotnego w okolicach Sospirolo. Jeszcze nigdy tam nie doleciałem, więc może tym razem się uda?

    Skałki.

    Dobrze mi idzie. Na cylindrze startowym jestem jako jeden z pierwszych, ale oczywiście na kolejnych etapach wyprzedzają mnie kolejni ściganci. Przeskoczyłem na Servę, potem dalej w kierunku tamy. W oddali widać rozlane chmurska. W ogóle tak się rozbudowało, że trudno już znaleźć kawałek błękitu na niebie. Krążę nad jakimś szczytem i się zastanawiam, czy warto lecieć dalej. Wokół mnie mnóstwo innych pilotów. Noszenia słabną, w końcu mamy pełne pokrycie. W rejonie, gdzie jest punkt pada już na pewno. Chyba przerwą konkurencję. Cóż, słabo ciągnie, ale jednak do góry, a poza tym może się jakoś rozejdzie? Decyduję się skakać na "Ząb" przy tamie. Jest to stosunkowo niewielka, ale ze względu na swój ostry kształt charakterystyczna skała z krzyżem na szczycie, niemalże wyrastająca z jeziora zalewowego. Chyba ze trzydzieści glajtów już się tam tłoczy na żaglu. Wreszcie i ja dołączam do nich i rozpoczynam rzeźbić w poszukiwaniu centymetrów na sekundę, które zabrały by mnie do góry. Założę się, że wtedy nikt z latających w tym miejscu nie przypuszczał nawet, że u stop tej góry może się czaić koszmarna niespodzianka.

    W końcu osiągam wysokość wierzchołka, a po jakimś czasie nawet z pięćdziesiąt metrów więcej. Od strony punktu nadlatuje pomarańczowa Ultima Roberta, za nią jeszcze trzy czy cztery inne glajty. No tak, oni zdążyli przed deszczem i już wracają w stronę słońca. Z przeciwnej strony nadlatują kolejne glajty i dołączają do żeglującej chmary. Widzę Sławnego. Są również Liściu i Tomo. Widzę, że raczej nic z tego nie będzie i na dziewięćdziesiąt procent skończy się mokrym glajtem, ale decyduję się jednak lecieć dalej, podobnie zresztą jak i inni. Przelatuję nad tamą, obok której w ubiegłym roku wodował Tomo i wbijam się w "Krakersa" po drugiej stronie. Zgodnie z oczekiwaniem unoszące się u jego podstawy powietrze daje jedynie tyle, że wolniej opadam. Lecę dalej po prostej. Do cylindra mam jeszcze dwa kilometry, więc chyba nie dociągnę. Słyszę jak pierwsze krople deszczu stukają o glajta i czuję je również na twarzy. Nieco powyżej z przodu leci Kacper. Też już chyba odpuścił. Leci ze zgiętymi nogami, przez co jego kokon wygląda jak zwisające prącie. Rozpadało się na dobre i rozpoczął się desant licznych glajciarzy na okoliczne łąki. Jeszcze chwilę ciągnę w kierunku cylindra i jednocześnie wybieram łąkę przy drodze, taką, którą już wybrało kilku pilotów. Nie ma to jak dobre towarzystwo przy oczekiwaniu na zwózkę. Ostatecznie odpuszczam lecenie do cylindra, choć został mi tylko około kilometr. Zresztą i tak bym do niego nie doszedł. Jestem za nisko i leje jak z cebra. Na polu, które sobie upatrzyłem, leży już kilka kolorowych szmat a inne się do niego zbliżają. Włączam się w kolejkę do lądowania, jakby to był krąg nadlotniskowy na Okęciu, robię dwa zakręty i siedzę na ziemi. Przede mną Tomo już zwija glajta a obok Adam-Czantorianin. Glajt i tak już mokry, więc się nie śpieszę, wyciągam chłodne piwko z kontenerka uprzęży i dzielę się z kolegami. W końcu alkohol łagodzi obyczaje!

    Zebrała nas się grupka z dziesięć osób. Wysłaliśmy namiary dla zwózki i idziemy do pobliskiej knajpki. Jak tylko zasiedliśmy, zgadaliśmy się przez radio, że w tej samej wsi, tylko kilkaset metrów dalej siedzi Trąbka z ekipą, też pewnie z dziesięć osób, a po drugiej stronie, tak ze dwa kilometry od nas, kolejna grupa pilotów próbuje zorganizować sobie czas. W końcu się zupełnie rozpogodziło i ekipa z Trąbką postanowiła do nas dołączyć. W międzyczasie w pobliskim sklepie ubyło kilka piw, a potem nieoczekiwanie przyjechał bus.

    Suszing

    Ale to nie koniec deszczowych opowieści. Po dotarciu do obozowiska oczywiście zaczęliśmy suszyć glajty w wątłych podmuchach wiatru na lądowisku. Trochę się znowu zachmurzyło, ale nie wyglądało, że ma padać, więc wpadliśmy na jedynie słuszny pomysł, że nigdzie tak dobrze nam się glajty nie wysuszą, jak tylko w powietrzu. Zdążyliśmy tylko co wystartować, jak oczywiście po raz drugi tego dnia usłyszeliśmy stukotanie kropel o czaszę i nasze prawie już suche szmaty stały się na powrót mokre. Na lądowisku przywitały nas gromkie owacje, ale oczywiście na cześć naszej głupoty. Marcin stwierdził, że mój glajt ma cztery godziny nalotu, z czego trzy w deszczu i szczerze mówiąc wiele się nie pomylił.

    O przygodnym lądowaniu
    Każdy glajciarz, prędzej czy później zdobywa w swojej karierze takie doświadczenie. Gdybym sięgnął pamięcią to pewnie już coś podobnego znalazłbym na koncie, ale w końcu miało być o zawodach w Pieve, a nie wspominki kombatanta?

    To było tego samego dnia, a nawet w tym samym locie, kiedy obsypało mnie śniegiem na dolocie do dziewiątki. Generalnie dobrze żarło i po zrobieniu cylindra bez problemu wróciłem nad startowisko na Doladzie i potem przeskoczylem na Servę. Przy okazji po raz kolejny przekonałem się, że mój nowy glajt ma dużo lepszą doskonałość od poprzedniego. Na poprzednim glajcie przeskok na Servę kończył się zazwyczaj w Supermercati Dolomiti, i to po długotrwałej rzeźbie, ale tym razem po przeskoku miałem jeszcze na tyle dużo wysokości, że spokojnie mogłem lecieć dalej. No to poleciałem. Zachwycony zapasem wysokości uznałem, że polecę jeszcze trochę dalej i tam na pewno coś znajdę. No i generalnie znalazłem się na żagielku nad jakąś grzędą, zwieńczającą głęboko wciętą dolinę porośniętą lasem. Potem, parę dni później, miało się okazać, że będę miał przyjemność zwiedzenia tej doliny również pieszo, po rzucaniu paczki, ale to osobna historia. No więc wiszę nad tą grzędą licząc, że coś się w końcu oderwie i plując sobie w brodę, a może raczej w osłonę szczęki mojego Insidera, że tak głupio dałem się wmanewrować w maliny przez własną pychę. Pycha lubi pokorę. Co i rusz łapię jakieś bąble, które windują mnie parę metrów w górę, ale próbując to wykręcić bądź wyesować, traciłem więcej niż zyskiwałem i w efekcie byłem coraz niżej. Nadzieja, że w końcu coś się musi urwać mnie jednak nie opuszczała, wszak, co i rusz dostawałem kopa, tylko na tyle wąskiego, że nie dawał się wykręcić. W końcu przestało być wesoło. Po kolejnym esie wiedziałem już, że jeśli nie złapię nic konkretnego to przyjdzie mi lądować na którymś z drzew w tym wąwozie.

    Odszedłem od stoku i poleciałem wąwozem w dół, licząc na to, że może teren będzie opadał szybciej niż ja i że może dolecę do jakiejś łąki. Klnąc w żywy kamień własną głupotę rozglądałem się choćby za jakąś odkrytą drogą, czy podwórkiem, oby tylko bez drutów i murków.

    Mam przed sobą dwa potencjalnie nadające się do lądowania miejsca. Oczywiście w normalnych warunkach nigdy by mi nie przyszło do głowy nawet pomyśleć o tym, że da się tam usiąść, ale teraz miałem alternatywę: to, albo dwudziestometrowa sosna. Zaraz się zresztą okazało, że z tych dwóch miejsc muszę wybrać to bliższe, ale za to gorsze, bo do tego drugiego raczej bym nie doleciał. Była to dość stroma, niewielka, trójkątna łączka obok jakichś zabudowań, porośnięta pojedynczymi drzewami owocowymi, na środku której ktoś urządził sobie warzywnik. Już sobie wyobraziłem siebie jak po lądowaniu podnoszę się w tumanie kurzu z jakąś marchewką w zębach, a glajt wisi przerzucony przez linię energetyczną, która, a jakże, przecina w poprzek jedyne miejsce możliwe do podejścia.

    W takich sytuacjach ma się tylko jedno podejście, bez próby, więc nie można nic spaprać. Przeżegnałem się w duchu i lecę w kierunku tego kabla. Żeby się zmieścić na łączce powinienem przejść nie wyżej niż jakiś metr nad nim. Drzewami i warzywniakiem postanowiłem się chwilowo nie przejmować, wycelowałem tylko z grubsza, żeby się zmieścić w lukę pomiędzy nimi. Wszystko poszło zgodnie z planem. Wytraciłem wysokość esując nad kablem, we właściwym momencie przeskoczyłem nad nim i w końcu centralnie pod stok przyziemiłem, a może nawet trochę przygrzmociłem. Udało mi się ominąć ogródek, ale za to glajt opadając do przodu jedną połówką przeleciał nad jabłonką zaplątując się w niej dokumentnie. Najważniejsze, że jestem cały i nawet bez wkładek warzywnych tu i ówdzie.

    Drzewko.

    Potem to już standard: dwie godziny ściągania szmaty (w końcu przyszedł jakiś Włoch z drabiną oraz nożycami do cięcia gałęzi i pociął własne drzewo), wędrówka z glajtem na plecach do jakiejś główniejszej drogi, autostop do Belluno i stamtąd zabiera mnie Adam. Z tego zdarzenia najlepsze jest to, że jak już następnego dnia rozłożyłem glajta i sklarowałem linki, okazało się, że wszystko jest cacy, tylko jakimś cudem jedna z linek górnej galerii przechodzi pod węzłem linek sąsiedniego rzędu. To trochę tak, jak połączenie ze sobą dwóch oddzielnych, zamkniętych kółek w łańcuch: magicy to potrafią i jak widać natura też. Musiałem rozkręcić jedną deltkę, żeby tę magię posprzątać.

    O paczki rzucaniu
    Taka przygoda natomiast nie każdemu się zdarza. Jak potem popytałem trochę lepszych ode mnie, to, o dziwo, okazuje się, że prawie nikt z nich nigdy paczki rzucać nie musiał. Wyjątkiem jest tu mali, który niewątpliwie dobrym pilotem jest, a paczkę rzucał, i to z osiem razy. Ale uznajmy jego przypadek jako ten wyjątek potwierdzający regułę. Wracając do mojej paczki, to dochodzę do wniosku, że sobie na nią zapracowałem. Przesiadłem się na nowe skrzydło, o klasę bardziej wymagające niż poprzednie i nie mając żadnego doświadczenia w lataniu tym glajtem wybrałem się od razu na trudne zawody, w miejscu, które znane jest z ostrej termy, zatem kwestią czasu było, że coś się wydarzy. Jeśli dodamy do tego mój ogólnie mizerny nalot oraz fakt, że było to moje pierwsze latanie w nowym sezonie, to obraz mamy już chyba kompletny. Oczywiście pierwszy pomysł był taki, że z tym glajtem jest coś nie tak. W końcu trzy razy z rzędu wyciął mi taki numer. Teraz jednak, dochodzę do wniosku, że trzy razy z rzędu popełniłem ten sam błąd: nie upilnowałem szmaty.

    Pierwszy i trzeci raz wyglądały podobnie: ostra jazda w górę, na uśredniaczu coś około czwórki, w pewnym momencie zewnętrzna połówka wyskakuje do przodu i zamiast, jak to zwykle (na moim poprzednim glajcie) bywało, zatrzymać się i wrócić na swoje miejsce, ta nieoczekiwanie pociągnęła za sobą całe skrzydło, które w ułamku sekundy znalazło się przede mną, tak mniej więcej z krawędzią spływu na linii horyzontu. "No to będziemy spadać" zdążyłem pomyśleć i zgodnie z oczekiwaniem skrzydło się podwinęło w całości, ja siłą inercji przeleciałem tuż (na szczęście) pod tym, co przed chwilą jeszcze było czaszą, zastanawiając się do kogo zadzwonię, jak mnie zapakuje w szmatę. Potem krótka parada atrakcji, częściowe wypełnienie, zwitka negatywki i w końcu lecę na wypełnionym skrzydle zakręcony w taśmach i próbuję ustabilizować lot. Uff, na szczęście tym razem daje się sterować i skończyło się jedynie na strachu.

    Lot.

    Tak było za pierwszym i trzecim razem. Zresztą ten trzeci raz, właśnie dla tego, że był trzeci, wystraszył mnie solidnie na tyle, że przestało mi zależeć na kontynuowaniu konkurencji i z niejaką ulgą przyjąłem fakt, że się nie załapałem na kolejne noszenie, w rezultacie czego przywitałem się nie pierwszy już raz z Supermercati Dolomiti. Zresztą, podświadomie chyba tak leciałem, żeby się nie załapać, bo wszyscy wokół jakoś się załapali.

    Ale pozostał nam do opisania drugi raz. To była konkurencja, gdzie wyznaczono cylinder startowy po drugiej stronie Piavy, jeszcze kawałek za Konserwą. Znowu wszystko poszło jak z płatka: wystartowałem z Dolady, wykręciłem solidną wysokość do przeskoku, przeskoczyłem na Konserwę i tam, wiedząc już, że nie ma co tracić czasu na szukanie noszeń na ścianie nad supermarketem, poleciałem od razu w kierunku zagłębienia, skąd odchodzą windy na halę ze schroniskiem. Od razu znalazłem to, co trzeba i klnąc mocno wszystkich krążących w przeciwną do umówionej stronę zrobiłem podstawę, próbując się z nikim nie zderzyć. Udało mi się w tym noszeniu łyknąć kilka glajtów, to i podbudowałem się nieco. Tak czasami bywa, że ludziska się snują po niebie próbując nie spaść a ty łapiesz dajmy na to piąteczkę i patrzysz najpierw jak mijasz tych, co byli wyżej a potem jak wszyscy z okolicy zlatują się do twojego komina pod tobą. Satysfakcja?

    Do cylindra jeszcze półtora kilometra, więc to nie jest dobre miejsce do wyczekania na atak. Patrzę w kierunku kolejnego szczytu, ale ten jest już chyba za cylindrem i tam zresztą nikogo nie ma. Rozejrzałem się wokół i widzę grupę glajtów wyczekujących nad granią, bardziej w głębi gór. Czołówka. Patrzę na zegar na wyświetlaczu mojej poczciwej dwunastki - do otwarcia cylindra jeszcze 10 minut. Ha! Mam was! Znowu mam szanse na przekroczenie cylindra jako jeden z pierwszych. Odchodzę z nad Konserwy i po chwili wciskam belunię. Celuję w szczyt, będący zakończeniem tamtej grani.

    Nie dbam o wysokość, jestem pewny, że na zboczu tamtej góry musi nosić. Nie mylę się. Zbliżam się coraz bardziej i coraz bardziej dusi, mam już cztery metry na sekundę opadania. Przypominam sobie jak kiedyś, gdy stawiałem pierwsze termiczne kroki na Skrzyczniaku w podobnej sytuacji zwątpiłem i zawróciłem. Nie, teraz tego nie zrobię. Zdjąłem nogi z belki i dalej brnę. W końcu skrzydło zaczyna charakterystycznie pracować i za chwile mam najpierw metr, po chwili dwa do góry. Wyczekałem i założyłem krążenie poprawiając w kierunku centra. Po chwili miałem stabilne cztery metry do góry. Żeby tylko nie wyskładało tak jak wczoraj. Sprawdzam czas i odległość od cylindra: półtorej minuty i sto metrów. Mam idealną pozycję do startu, właściwy czas i miejsce, a do tego mocny komin, który zabiera mnie do nieba. Jestem skoncentrowany na utrzymaniu się w centrze, ale do najrówniejszych ten komin nie należy.

    Stromo.

    No i jebut. To już chyba było. Przelatuję obok czaszy (o, znowu udało się nie zapakować!) i myślę co będzie tym razem. Ocena wysokości: ze dwieście, może nawet trzysta nad zboczem. Tym razem przebiegło to trochę gwałtowniej. Zanim zdążyłem ruszyć ręką czy nogą skrzydło w negatywce parę razy obróciło mi się nad głową a linki uformowały się w jeden gruby, poskręcany sznur. Próba sterowania: wynik negatywny. Po chwili czasza się wypełniła i przestała szaleć nad głową, a ja wiszę pod nią w dziwnej pozie i bynajmniej nie przodem do kierunku lotu. Patrzę na skrzydło - po obu stronach krawaty a ja wiszę "z jednej strony bardziej". Nie dosyć, że mnie zakręciło to jeszcze niesymetrycznie. Nie jest źle, w końcu lecę na prawie wypełnionym skrzydle. Jeśli nie wejdę w spiralę to może się jakoś rozkręcę. Próbuję chwycić za linki nad sznurem z jednej i z drugiej strony, ale ledwo sięgam. W końcu sięgnąłem, ale koniuszkami palców nie jestem w stanie ruszyć napiętych linek. Skrzydło tym czasem zaczęło kłaść się w zakręcie. Chyba nie mam za dużo czasu - jak tak dalej pójdzie to pójdzie paczka i z tej pięknej konkurencji będą nici. Próbuję jeszcze coś kombinować, ale po chwili zakręt się pogłębia i wchodzę w spiralę. Czekam jeszcze aż przeciążenie wzrośnie na tyle, że mam pewność, że samo z siebie nie wyjdzie i sięgam po klamkę.

    Nie ma żadnego szarpnięcia ani nic takiego. Coś po prostu płynnie i coraz bardziej zdecydowanie ciągnie mnie za plecy, a skrzydło odchyla się na bok dalej wypełnione. To nie jest dobra konfiguracja. Próbuję ściągnąć skrzydło za tylne linki ale nie daję rady. Cholera, na filmach instruktażowych to jakoś lepiej wyglądało! W końcu udaje mi się ściągnąć jakieś linki z jednej strony i zatrzymać rotację skrzydła. Próbuję dostrzec spadochron, ale wisząc za kark jak kocię nie jestem w stanie go zobaczyć. Sytuacja się ustabilizowała, czas się rozejrzeć za lądowiskiem. No tak, mogę się rozglądać do oporu a tym cholerstwem i tak się nie da sterować. Co za głupie uczucie, tak sobie spadasz kołysząc się na wietrze i czujesz się jak w kasynie: łąka - wygrałeś, drzewa - grasz dalej, skały - ... Się zastanawiam czy za chwilę będę jeszcze miał cały kręgosłup, lub, jeśli wpadnę w drzewa, ile czasu zajmie mi samotne zdejmowanie szmaty. O ile będę cały.

    Horyzont tańczy i wiruje. To, co zostało ze skrzydła w dalszym ciągu powoduje, że cały układ zapas-paralotnia się obraca i dość solidnie buja. Jak mi tak przyjdzie bujnąć z wahadła w stok... Zbocze już blisko. Na szczęście zdmuchnęło mnie znad skał i teraz mam "do wyboru" wysoki las lub stromy, trawiasty stok, porośnięty pojedynczymi krzakami i upstrzony wystającymi tu i ówdzie skałkami. Bujanie już nie jest zwykłym bujaniem tylko bujaniem obok stoku, czyli może zaboleć. Próbuję się jakoś przygotować, złączyć i ugiąć nogi w kolanach, zebrać się w sobie. I tak to na nic, bo w ostatniej chwili obraca mnie plecami do stoku i walę po prostu protektorem jak kłoda. Jestem na ziemi.

    Po chwili stwierdzam, że jestem chyba cały, ale zanim wstanę daję sobie jeszcze chwilkę na sprawdzenie - wszak człowiek walnięty nie od razu czuje, że jest coś nie tak. Wylądowałem w trawiastym żlebie, jakieś sto metrów pod szczytem. Stromo. Gdyby nie spadochron wypełniony podmuchem od dołu (pewnie właśnie przechodził komin) to stoczyłbym się w dół. Złapałem się jakiejś rosochatej, uschłej choinki i kombinuję, co dalej. Tak, raczej jestem cały, ruszam rękami i nogami i nic mnie nie boli. Nadaję najpierw do swoich, że rzucałem pakę i jest ok. Sławny się zgłasza, że widział wszystko. Potwierdzam, że spróbuję stąd zejść sam i przestrajam się na częstotliwość organizatora. Tak, wszystko w porządku, będę stąd wracał trzy dni, ale jestem cały. Przypiąłem jakoś uprząż do tej choinki i zaczynam zwijać cały majdan. Przez moment świta mi myśl, żeby stamtąd odpalić, ale nawet jak by mi się udało jakoś sklarować glajta na tej stromiźnie to i tak bez zapasu i po takiej przygodzie to byłby "hardkor". Rozglądam się po niebie. Glajtów jakby mniej - z pewnością polecieli w trasę, a chmury zaczynają się niepokojąco rozlewać. Pewnie znowu będzie burza. Ostatecznie odpuszczam sobie ponowny start.

    Zwijam szmaty jak leci. Na składanie w tych warunkach mogę się nie silić. Stromizna jest taka, że jakbym się poślizgnął to następny przystanek na dnie doliny albo na najbliższym drzewie, czyli też ze dwieście metrów niżej. Nie sądzę, żebym po czymś takim pozostał w jednym kawałku. Jak to zwykle bywa - przelot to przelot: startujesz, lecisz, lądujesz, ale powrót z przelotu - to już zazwyczaj przygoda. Niewątpliwie tak będzie i tym razem.

    Gleba.

    Biorę wór na plecy i zaczynam ostrożnie, krok za krokiem schodzić. Rozważałem, czy nie byłoby lepiej podejść na szczyt, ale uznałem, że im krótsza droga tym lepsza. Na szczycie być może znalazłbym jakiś szlak (a być może nie), ale on pewnie powiódłby mnie widokową granią dookoła, a ja na zwiedzanie z dwudziestokilowym pakunkiem na plecach nie miałem ochoty. Trawa jest śliska. Bardzo rozważnie stawiam każdy krok. Zejście pierwszych pięćdziesięciu metrów zajęło mi ze dwadzieścia minut. W końcu trawersuję z trawiastego żlebu do lasu, tam przynajmniej są drzewa, przy których można odpocząć. Szkoda, że nie mam zjazdówki, mógłbym się o te drzewka asekurować. Drzewa są liściaste. Liście tworzą dywanik, pod którym jest podłoże również z liści, tyle, że wilgotnych. Poślizg można złapać na cacy, ale z drugiej strony można wbić piętę w ten dywan i się nieco zaprzeć. Nie wiem czy to lepsze od trawy, ale czuję się tu odrobinę bezpieczniej. Zresztą za chwilę się przekonuję, że moje poczucie bezpieczeństwa to iluzja, bo noga wyjeżdża mi z dywanu i zaczynam zjeżdżać w dół. Na szczęście jakimś cudem udaje mi się zatrzymać zanim się zdążyłem rozpędzić na dobre, ale spociłem się cały ze strachu. Zaliczam zresztą jeszcze później ze dwie takie akcje, ale już niżej, przy mniejszej stromiźnie. Ten tobół na plecach wcale nie pomaga w utrzymaniu równowagi.

    Zgodnie z przewidywaniem zaczęło padać. Gdzie ja jestem? Tak, już byłem w tej okolicy. To w tej dolinie lądowałem w ogródku z marchewką. Mała poprawka. Miejsce gdzie wtedy lądowałem jest kilkaset metrów niżej, i oddziela mnie od niego niewiadomo co. Na pewno strome zbocze i las, bo tyle widać. Być może jakieś skalne żebro, takie jak to, które pokonywałem piętnaście minut wcześniej. A być może po prostu skalne urwisko? Iść prosto w dół do dna doliny, czy może trawersować nieco w bok? Czy wyjdę w końcu z tego lasu? Na pewno, jeśli wyjdę, to będę miał mnóstwo kleszczy (nie pomyliłem się – przez następne dni wyciągnąłem cztery). Schodzę w dół jakimś żlebem. Robi się coraz mniej stromy, ale jestem jeszcze za wysoko na dno doliny. Zresztą, pamiętając jej kształt, zejście na sam jej dół nie byłoby dobrym pomysłem. Po prawej, czyli w kierunku, w którym podążam, pojawia się skalne żebro. Nie widzę dalszego ciągu tego żlebu, bo znika za załomem. Podchodzę bliżej, ale nadal nie widzę. Zostawiam plecak i podchodzę nad samą krawędź załomu. No ładnie, tu nawet z liną bałbym się zejść, a co dopiero z worem na plecach? Zawracam i atakuję skalny grzbiecik. Okazuje się to być dobrym pomysłem, bo na jego grzbiecie znajduję ścieżkę! Cywilizacja tuż-tuż :-)

    Dalej idzie jak z płatka. Ścieżką docieram do drogi i pierwszych zabudowań. Kontaktuję się z ekipą i podaję swoje współrzędne. Idę dalej kretą drogą w dół. Po jakimś czasie docieram do "swojego" ogródka z marchewką. Tu to już jak w domu. Moje drzewko stoi jak stało, nawet nie widać, żeby było jakieś specjalnie zniszczone po moim lądowaniu. Po raz kolejny się dziwię, jakim cudem się tu zmieściłem. Idę jeszcze z kilometr, może dwa, kiedy zza zakrętu wyłania się znajomy busik z charakterystyczną tablicą za przednią szybą. Patrzę na zegarek: schodziłem cztery godziny!

    O Supermercati Dolomiti.
    To kultowe miejsce. Nie wiem, czy jest ktoś, kto latał w tej okolicy i udało mu się uniknąć lądowania na łące obok supermarketu przy lotnisku w Belluno. Ja tu lądowałem chyba z dziesięć razy i nigdy nie brakowało tu towarzystwa innych glajciarzy. Żartowaliśmy, że busy zwożące zawodników z trasy mają tu stałe miejsce postoju. Tutaj też ostatni raz rozmawiałem z Konciarzem.

    Konciarz.

    O Konciarzu.
    Tak naprawdę to spotkałem Go może ze trzy razy. Po raz pierwszy w Ustroniu podczas słynnej imprezy w Motelu Polana, kiedy to zjechali się paralotniarze z całej Polski, żeby nie wziąć udziału w zawodach zorganizowanych przez pewnego pana instruktora (to nie jest błąd, przyjechaliśmy, żeby się spotkać w środku zimy, odetchnąć glajciarską atmosferą, wypić piwo i zamanifestować przy okazji opinię tzw. środowiska na temat tych zawodów). Potem (a może przedtem?) spotkaliśmy się jeszcze w Słowenii, podczas słynnego wyjazdu, kiedy to Gekoni przyjechali autobusem. Mimo tego, że praktycznie się nie znaliśmy miałem wrażenie, że znamy się od zawsze. Do tego stopnia nawet, że będąc któregoś razu służbowo we Wrocławiu postanowiłem zrobić Jemu i Iwonie niespodziankę. Namówiłem Uriuka, którego zdybałem żeby przełożył mi paczkę, abyśmy po prostu wpadli do nich z butelką dobrego wina, jak do starych przyjaciół. Nie do końca się udało, bo akurat Konciarz był poza miastem i miał późno wrócić, ale i tak było miło posiedzieć i pogawędzić z Iwoną i Uriukiem. Dzięki Iwonka za tolerancję!

    W Pieve zrazu Go nie poznałem. Wstyd się przyznać. Krzątałem się po startowisku na Doladzie, kiedy zaczepił mnie jakiś chłopak w kapeluszu przeciwsłonecznym i okularach. „To ja, Konciarz...” - powiedział widząc moje bezbrzeżne zdumienie połączone z zakłopotaniem. Uniosłem jego kapelusz znad jego głowy i wszystko zaczęło się zgadzać. Te same, ciemne, krótkie włosy nad owalną twarzą, przeciętny wzrost, przeciętna postura i nieprzeciętny duch. Kopa lat! Wreszcie się udało! Musiałem biec dalej, bo za chwilę mieli otwierać okno startowe, czy coś w tym stylu, więc za długo nie pogadaliśmy, ale obiecałem sobie w duchu, że nadrobimy. Nie nadrobiliśmy. Potem pogadaliśmy jeszcze chwilkę przy Supermercati, ale przyjechały busy i musieliśmy się zbierać. I to już koniec. Zawsze pozostanie mi niedosyt. Poczucie jakbym spóźnił się na pociąg. Bezsilność i wściekłość na samego siebie. Bywaj Arku.

    Koniec.

    To w zasadzie tyle.
    Mógłbym pisać bez końca, bo byłoby o czym. O tym jak mnie wciągnęło w chmurę i najpierw straciłem orientację a potem mało nie zderzyłem się ze Sławnym. O tym jak całą chmarą przecinaliśmy kłaczki na wskroś. O przecudnych górach oświetlonych zachodzącym słońcem. O kablu, który najpierw został cudem ominięty przez kolegę, a potem odebrał życie innemu. O tym, że trzeba się bać jak się lata. O powrotach z przelotów. O winie, pizzy i imprezach w knajpie u Polki. Tak, zdecydowanie czas już skończyć.

    © Greg


    PS. Więcej zdjęć z PPO 2006 jest w Galerii.

  •  

    Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: Joomla Template, mysql tables. Valid XHTML and CSS.