Home Zawody Slo Open 2005
Slo Open 2005 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Greg   

sloopen logo

Zaczęło się od tego, że Januszowi padł samochód zanim zdołał dotrzeć do Janek i trzeba było wprowadzić w życie „plan B”. Na szczęście było co wprowadzać i nie musieliśmy się tłuc we czterech jednym wozem. Janusz pojechał z Tomkiem a Aleks Talbierz ze mną. Po drodze było jeszcze błądzenie po ciemku w objazdach przed Cieszynem (a jakże – ubarwione „wiązanką” w wykonaniu Toma) i krótkie przyśnięcie za kierownicą w okolicach Wiednia – na szczęście skończyło się tylko niekontrolowaną zmianą pasa na autostradzie. Jazda w nocy to jednak taki sobie pomysł.

Po dojechaniu na miejsce okazało się, że jest nas już silna ekipa z Polski, ze Sławkiem Kaczyńskim, Jackiem Krzyżanowskim, Walterem Wojeciechowskim, Romkiem Witkowskim i Krzyśkiem Wojtasiem oraz ich nielatające towarzystwo. namiotyZresztą, towarzysko były to bardzo udane zawody. Trzymaliśmy się razem i jako Polish Team stanowiliśmy zgraną ekipę. Razem dyskutowaliśmy „strategię” przelotów i współpraca w powietrzu też była dobra, choć ja, z racji mojego zamiłowania do lądowiska w miejscowości Robič, przyglądałem się jej (a raczej przysłuchiwałem przez radio) nieco z boku. Na koniec dnia spotykaliśmy się w Jazbecu na pizzy i wysłuchiwaliśmy kolejnych opowieści Romka o jego przygodach z lecznictwem i rehabilitacją. Po literku czerwonego lub dwóch piwkach nawet miło się tego słuchało. Potem odwiedziła nas jeszcze ekipa z Karoliną Kocięcką i Pawłem Faronem na czele oraz Husky z familią. Ogółem poza Słoweńcami byliśmy chyba najliczniej reprezentowanym narodem na tych zawodach.

Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy po rozbiciu namiotów pojechali gdzie indziej niż na zlota z Kobali.

Organizacja zawodów była ogólnie dobra, aczkolwiek kilka rzeczy było nietrafionych. Te nietrafione to głównie wybór miejsca startu i pogoda. Startowaliśmy ze Stola, ale nie z samej góry tylko z trawiastej hali tuż nad granicą lasu. Nigdy tam wcześniej nie latałem. Było to miejsce takie, że jeśli się spadło odrobinę poniżej startu to już nie było szans na wygrzebanie się. start ze StolaSzczególnie przy takiej pogodzie, gdzie przez dłuższy czas dominował dość suchy i gorący wyż, przez co gradient temperatury był prawie zerowy (na dole było tak samo gorąco jak na górze, 600 m wyżej). Do tego codziennie wyczekiwanie w tym upale przez parę godzin na otwarcie okna startowego i wypasanie skrzydeł na słońcu. Koszmar. Byliśmy podzieleni na trzy grupy i codziennie rano inna grupa wjeżdżała na startowisko jako pierwsza. Mieliśmy identyfikatory, na których niezmywalnym flamastrem było wpisane, do której grupy się należy. Pierwsza grupa najdłużej czekała na górze. Ludziska kryli się po krzakach byle tylko mieć odrobinę cienia. Jeden nawet w poszukiwaniu cienia i wyeksponowania się na wątłe podmuchy wiatru wszedł na takie samotnie rosnące na startowisku, rachityczne drzewko. Był niewiele mniejszy niż korona tego drzewka, więc wyglądało to przecudnie. Dość powiedzieć, że dzięki wodzie kolońskiej Sławka Kaczyńskiego i flamastrze Romka dziwnym trafem nasza ekipa prawie codziennie była w grupie wjeżdżającej na końcu. Busy organizatora kursowały oczywiście tylko do pewnego miejsca i stamtąd trzeba było drałować jeszcze 100m z glajtem pod stromą górę. Raz zrobiliśmy w busiku zrzutkę i skorumpowaliśmy kierowcę aby podwiózł nas trochę wyżej. Jak widać to działa nie tylko u nas w kraju.

Noszenia były z rodzaju tych „dla smakoszy”. Podczas jednej konkurencji przez półtorej godziny walczyłem w okolicy startu by wydostać się nad grań. Część ludzi padała nie zabrawszy się w ogóle. Jedyny porządny komin, który zdarzyło mi się wykręcić podczas całego wyjazdu złapałem zupełnie nieoczekiwanie podczas wieczornego zlotu z Kobali poza zawodami. Reszta to była przeważnie szkołą rzeźby w klocku. Choć było kilka dobrych momentów. Jak już udało się wydostać ponad grań Stola to można było zaliczyć jazdę po grani bez dokręcania. Niestety radość kończyła się (przynajmniej dla mnie) w momencie gdy trzeba było zaliczyć punkt zwrotny oddalony od grani. Doskonałość mojego Carbona-FR-Super-Competition-High-Performance nie pozwala w takich przypadkach na szaleństwa. Poza tym zaskoczyło mnie, że taki fajny z pozoru grzbiet jak Stol nie generował porządnych kominów tylko jak już spadło się poniżej szczytów to trzeba było rzeźbić. I tak, podczas całych zawodów tylko raz udało mi się przeskoczyć na drugą stronę grzbietu, na Polownik. Wtedy jeszcze leciałem Aspenem Tomka.

Greg na Aspenie

Konkurencje były niedługie, tak rzędu 40 – 60 km a i tak do mety dolatywali nieliczni. Fajne było to, że meta nie zawsze była w Kobaridzie. Raz metą była Dreżnica, gdzie przewidziana była kolacja w knajpie z „darmowym” winem (niektórzy nie pamiętają jak się znaleźli z powrotem w obozowisku) a innym razem stadion w Tolminie (i darmowe piwo...).

Pierwsza konkurencja:
Dość długo walczę w parterze i w końcu wykręcam się na wysokość grani. Widzę, że większość zawodników przeskoczyła już przez głęboką dolinę na sąsiednią grań, czyli Polownik. Jest dość późno więc nie mam szans dogonić ich tą drogą. Decyduję się na krótszy wariant i odchodzę wzdłuż Stola, najkrótszą drogą w kierunku PZ w Dreżnicy z zamiarem wykręcenia się gdzieś po drodze. Po drodze nic nie zadziałało (pierwsze rozczarowanie Stolem) i w efekcie znalazłem się na tzw. „Cyckach” – niewielkich pagórkach pośrodku doliny. Do Dreżnicy miałem na wyciągnięcie ręki jednak odejście tam z tej wysokości byłoby równoznaczne z lądowaniem tamże, a ja zamierzałem jeszcze powalczyć. Mój apetyt zgasił z wolna nasuwający się od południa altostratus wyłączając termikę. Olałem PZ i wylądowałem na polu obok naszych namiotów. Może zyskałbym kilka punktów lądując w Dreżnicy ale za to nie musiałem się zwózką martwić. Altostratus nie dotarł do grani Polownik – Krn, dzięki czemu ci co wybrali przeskok przez dolinę w znacznej części dolecieli do mety.

task1

Druga konkurencja:
Pełne pokrycie, krótka próba utrzymania się na żaglu, pierwszy PZ (w Robiciu) robię 400 m nad dnem doliny i po doskonałości dociągam do malutkiego pólka, na którym chwilę po mnie siada jeszcze 5 innych glajtów. Tomo przez radio nadaje, że zrobił drugi PZ i właśnie zbliża się do trzeciego. Przez moment nawet w to uwierzyłem, ale się wydało, że robi sobie jaja i siedzi na sąsiednim polu.

Trzecia konkurencja:
Udaje mi się wykręcić komin po starcie i wydostać nad grań wraz z pierwszą grupą. W ogóle dzień zapowiada się dobrze. Zbyt dobrze. Tym razem już nie rzeźbię tylko przeskakuję wraz z innymi na Polownik. Tomo i Aleks są gdzieś za mną a Janusz z innymi kręci się przed cylindrem startowym. start TomkaSprawdzam na gpsie: czas do otwarcia startu lotnego pół minuty i do cylindra 300 m, ale jestem nie za wysoko. Zrobię jeszcze jednego esa przy tej ścianie, może coś bardziej podkręcę. Zawracam i widzę biało-czerwonego glajta w silnym noszeniu. Tomo już mnie dogonił. Ale tak trochę jakby spadochronował. „Zaraz przeciągnie” pomyślałem i zanim dokończyłem myśl glajt już spadał wypompowany. Potem festiwal atrakcji: znowu spadochronowanie, zwitka negatywki, kolejny fullsztal i pilot spadając znika mi za załomem skalnym. Podlatuję tam, ale jestem za nisko i nic nie mogę dojrzeć. Próbuję podkręcić, ale jestem za bardzo skoncentrowany na odszukaniu delikwenta. Nadaję przez radio do naszych, że Tomo miał atrakcje i wpadł w drzewa, po czym przełączam się na częstotliwość organizatora i mówię co widziałem. Podałem jego numer startowy. Is he OK.? Żebym ja to wiedział. Tomo nie należy do tych co by sobie ładowaniem radia głowę zawracali. Któryś ze Słoweńców nadaje, że lata nad nim, ale też nic nie widzi i, że akcja ratunkowa już uruchomiona. Nie bardzo wiem co mam ze sobą zrobić. Spadłem już naprawdę dość nisko. Decyduję się polecieć wzdłuż zbocza i zobaczę co dalej. TomoDalej nic nie nosiło (też specjalnie nie szukałem), więc po chwili wylądowałem w dolinie obok innego glajta. Wyciągam telefon i dzwonię. Jest sygnał. Jeden. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty przerywa głos Tomka. Brzmi normalnie.
- Jebnąłeś?
- No.
- Żyjesz? Cały jesteś?
- Nawet nie draśnięty, no trochę rękę mam obtartą.
Farciarz. I to już nie pierwszy raz. Spadł na kępę drzew wtuloną w skalną ścianę, gdzieś w połowie jej wysokości. Bez szans na samodzielne wydostanie się stamtąd. Skrzydło trochę potargane, ale to bez znaczenia. Przylot śmigłowca i całą akcję obserwuję już z zacienionego miejsca przy drodze, oczekując na zwózkę i popijając piwko w towarzystwie Toniego, sympatycznego Chorwata, obok którego siadłem na polu. Konkurencja oczywiście odwołana. Jak docieram do obozowiska to Tomo już tam jest i popija piwko.

 

Czwarta konkurencja:
goły GregUpał. Czekanie na podmuch przy starcie nieco nas niepokoi. Wreszcie startują pierwsi. Moja kolej. Lecę już na swoim „wyczynowym” Carbonie. Aspena oddałem Tomkowi. Króciutka rzeźba przy zboczu. Odwzorowanie profilu stoku i wita nas pole w Robiciu. Jest tu już (policzyłem!) 20 glajtów i zbliżają się następne. Tuż po mnie siada Aleks. Zajebisty upał. Marzę o prysznicu, choćby tym prymitywie w naszym obozowisku. Oczywiście zawodowcy zostali nad Stolem i rzeźbią w okolicy startu, choć widać, że łatwo nie jest. Wreszcie otwarty cylinder i przerzedzony peleton rusza. Super widok. Widać jak, pewnie ze 40 glajtów, jeden po drugim, w rządku, niczym kolorowy wąż, ślizga się po grzbiecie w kierunku Cycków. Lecą po prostej, Stol jednakże nie nosi. Pierwszy chyba Valič. Nasi też tam są. Cisną spida, choć raczej nie należy się spodziewać silnych noszeń. Walter nadaje, że wylewa wodę z balastu. Inni z naszej ekipy idą w jego ślady. Prowadzący Valič zakręca i robi jedno kółko. Lecący za nim powtarzają jego manewr licząc, że coś tam nosi, ale nic z tego, pewnie jakieś tchnienie przegrzanej termiki w tym miejscu. Valič tnie dalej a większość glajtów robi kółko w tym samym miejscu co on. Gdybym nie wiedział jak to działa to pomyślałbym, że to magia. Rząd glajtów rozciąga się coraz bardziej. Cycki ewidentnie też nie działają i czołówka siada w polu gdzieś pod nimi. Wąż robi się krótszy w miarę jak kolejni lądują. Wygląda na to, że już posprzątane.

Tego dnia chcemy zaliczyć jeszcze zlota z Kobali. Czekamy przy lądowisku w Tolminie na busa. Jakiś samotny glajt szwęda się po niebie. Ktoś żartuje, że to pewnie Janusz.

Janusz

Glajt podobny, ale przecież kto by wierzył w cuda. To prawda, że Janusz nie podlega prawom grawitacji i dzięki swojemu uporowi i cierpliwości potrafi utrzymać się w powietrzu, kiedy inni mają już dość, ale bez przesady. Wszyscy już dawno na ziemi, włącznie z utytułowaną czołówką. Coś mnie jednak tknęło i sięgnąłem po radio. Szok. To jednak Janusz! Kiedy inni pognali za Valiciem jak owce za baranem Janusz przyczaił się na grzbiecie wysoko w okolicy startu i wyczekał porządniejsze noszenie. Przeskoczył na Polownik i samotnie, powoli i cierpliwie robił kolejne kilometry z właściwym sobie uporem. Wjechaliśmy na górę, zrobiliśmy zlota i wracamy do obozowiska. Zaczepia nas Igor i mówi, że jeden z naszych się nie zgłosił po lądowaniu. Jak to leci? Igor najwyraźniej też nie wierzy w cuda. Przecież nie nosi i wszyscy siedli? Odczyt z tracka z gps jest bezlitosny. Janusz poleciał dwa razy dalej od następnego w klasyfikacji i prowadzi w zawodach, choć punktów ma nie za wiele. Trzeba było widzieć miny braci Valič, gdy następnego dnia przecierali oczy ze zdumienia stojąc przed tablicą wyników.

Tabela wyników po 3 zaliczonych taskach

Piąta konkurencja:
Nieco późno odpalam, ale początek niezły. Po wykręceniu na wysokość szczytów kieruję się na punkt startowy, na grani na zachód od startowiska. Po drodze mijam peleton tych co zaliczyli i już wracają. Niesamowite uczucie jak lecisz i za chwilę wbijasz się w kolorową chmarę glajtów lecącą z przeciwka. Oni na spidzie, ja na spidzie – mijamy się z prędkością pewnie ze 100 km/h. Co chwila któryś przelatuje bardzo blisko. Super jazda po czubkach gór bez dokręcania, oby tak dalej. Niestety jazda kończy się przy powrocie nad startowisko. Jestem jeszcze nad granią, ale za daleko, żeby skakać na Polownik. Lecę wzdłuż grani tracąc wysokość. Liczę na coś, co pozwoli mi nabrać wysokości w miejscu dogodniejszym do przeskoku. Stol po raz kolejny mnie zawodzi. Rzeźbię w jakichś poszarpanych i wąskich zerkach bez rezultatu, głęboko zdziwiony, bo góra jak się patrzy, oświetlona słońcem jak należy, a nie działa. Definitywnie spadam poniżej grani. Przyczepiam się w końcu do jakiegoś rachitycznego poszarpańca i udaje mi się wywindować 20m nad grań. chmaraTu trochę mnie znosi i nagle dostaję się w duszenie. Uciekam spowrotem na nawietrzną, nie uśmiecha mi się przebijać przez rotory nisko nad zboczem. Lecę dalej już poniżej grzbietu, ale po słonecznej stronie. W końcu porzucam Stola i jego kaprysy. Skaczę na Cycki, ale nie wydają. Widzę na polu przy rzece jak ludziska składają glajty. Pewnie zaraz do nich dołączę. Lecę dalej wzdłuż zbocza. Mam może z 50 m. Już zamierzam zawracać na to pole, ale nieoczekiwanie łapię pół meterka. Zakrążam i wynosi mnie na wysokość szczytu niższego Cycka i porzuca. Wracam na miejsce skąd mnie zabrało i próbuję jeszcze raz. Znowu to samo. Potem jeszcze raz, a potem jeszcze wiele razy. Spędzam tam ponad godzinę usiłując się oderwać na różne sposoby. W końcu zyskuję na tyle, żeby przeskoczyć na wyższy Cycek. Rzeźbię na żaglu poniżej szczytu przez kolejne 20 minut. Wreszcie łapię zbawcze pół metra i razem z jakimś gościem na Boomerze robimy 200 m nad Cycki. Niebogato, ale mam już ich dość, więc skaczę na kamieniołom. Nic konkretnego nie łapię, więc lecę po zboczu do końca grzbietu. Tu znowu rzeźbię godzinę na żaglu próbując zdobyć wysokość. Podlatuje znajomy glajt. Husky. Skąd on się tu wziął? Przez chwilę latamy razem, lecz on w końcu odpuszcza i ląduje przy (i jak się później okazało: częściowo w) rzece. Ja w końcu osiągam wysokość grzbieciku i decyduję się na dalszy lot wzdłuż zboczy w kierunku Tolminu. Niżej i niżej. Przeskakuję na zbocze Mrzlego – do punktu zwrotnego na jego szczycie brakuje mi kilometra. Słońce coraz niżej. Ląduję w końcu w Volarje, na łące u stóp góry. Do Tolminu zabrakło mi może z 5 km. To był najdłuższy mój lot podczas tej wyprawy i zapamiętam go jako nieustanną rzeźbę. Janusz traci prowadzenie, ale nasi są dość wysoko w tabeli.

Szósta konkurencja:
Czekanie na podmuch przy starcie. Odpalam jako ostatni. Rzeźba totalna. Dobrą godzinę snuję się poniżej startowiska, żeby w końcu wypełzać na wysokość grzbietu. Cylinder startowy robię chyba już po jego zamknięciu, ale są tacy co zaliczają go po mnie. Pierwszy PZ w głębi doliny konsumuje cały mój zapas wysokości. Po zaliczeniu PZta wbijam się w zbocze Stola poniżej kamieniołomu i po krótkiej, nierównej walce ląduję w Robiciu. Nie sam. Wieczorny zlot z Kobali nieco poprawia mi humor.

Siódma konkurencja:
Wjeżdżamy na górę. Gorąco od świtu. Odprawa na starcie, jak zwykle prowadzona przez „Meet Director” (piwo temu kto to prawidłowo przetłumaczy) Igora. Konkurencja trochę nietypowa, bo zahacza o nowy rejon. Po odprawie nasza ekipa się zbiera i ustalamy strategię. upałDyskutujemy dobry kwadrans, spierając się czy lepiej ciąć przez Cycki, czy skakać na Polownik i z której strony ominąć Krn. Jak poprzednio, wyczekiwanie na podmuch przy starcie. Mam dość upału i odpalam jako jeden z pierwszych. Króciutka walka przy zboczu i Robić. Sześć godzin czekania w upale na startowisku i dziesięć minut lotu. Kilometr dalej ląduje Krzyżak, więc nie jestem w złym towarzystwie. Chyba nasza strategia, uzgodniona z takim wysiłkiem na górze wzięła w łeb. Patrzę na Tomka jak ląduje na „moim” polu. Wqrwiony Tomo to zdecydowanie malowniczy widok. Ciskanie butami i kopanie bogu ducha winnego glajta to nic w porównaniu z wiąchą, którą wtedy mimowolnie usłyszałem. Romek melduje, że chyba jednak wyleje wodę i spróbuje przeczekać gdzieś na górze i skoczyć na Polownik. Ja, Aleks i Tomo natomiast udajemy się na Kobalę żeby odreagować.

Odpalamy z Kobali. Po chwili okazuje się że na żaglu razem z nami lata też Janusz i Krzysiek. Jednak pomimo słabego warunu udało im się dolecieć aż tutaj! Zresztą widać, że warun się poprawił ale jest już dość późno. Snujemy się po okolicy w niewielkich noszeniach. W końcu nudzi mnie to pętanie się po niebie i odpalam w kierunku Mrzlego. Nieoczekiwanie łapię stabilne półtora metra i to takie, w którym da się wykonać pełne okrążenia. No, takiej gratki to już dawno nie miałem. Dokręcam ile się daje i lecę w kierunku Kobaridu. Wszystko co dobre ma swój koniec. Wyłączają światło i ląduję w Volarje, drugi raz podczas tego wyjazdu, ale tym razem lecąc w drugą stronę.

Po powrocie dowiadujemy się, że tylko jeden zawodnik doleciał do mety. Romek Witkowski. Co więcej, Romek dzięki równemu lataniu prowadzi w tabeli! Wszystko zależy od ostatniego dnia zawodów. Jutro zapowiada się ciekawie. Romek już kombinuje co by tu zrobić, żeby utrzymać prowadzenie.

Ostatnia konkurencja:
Wjeżdżamy na górę. Wieje dość silny wiatr z boku i według prognoz spore prawdopodobieństwo burz. Wśród Słoweńców wyraźny spręż, nie łatwo się pogodzić z faktem, że mistrzostwa Słowenii miałby wygrać Polak. Na mistrzostwach Polski dwa razy na najwyższym podium stawali Słoweńcy, więc sytuacja jest nader ciekawa. W końcu dają za wygraną. Igor ogłasza, że task is officially cancelled i tym samym Romek wygrywa zawody. Krzysiek Wojtaś jest drugi w klasie serial. Reszta ekipy rozsnuta po całej tabeli. Ja jak zwykle okupuję dolną część tabeli, ale w końcu w zawodach latam nie dla wyścigów. Po południu ceremonia rozdania nagród i do domu.

koniec

To w zasadzie tyle. Zdecydowanie godnym odnotowania był jeszcze prysznic. Na początku był jego brak. Gdy dotarliśmy pierwszego dnia na miejsce zakwaterowania to zastaliśmy silnie skonfundowanego Sławka Kaczyńskiego, który oświadczył, że on to pier...li i wynosi się na jakieś normalne pole namiotowe. Tomo przeprowadził wywiad u organizatorów ale na pytanie o „shower” dowiedział się, że „a i owszem o tej porze roku showers zdarzają się, i to nawet kilka razy dziennie.” W końcu pojawił się jednak prysznic i Sławek został z nami. Prysznic, chłe, chłe. Ktoś przymocował rurę z sitkiem do drzwi od stodoły i powiesił parawan. Parawan powieszony był na takiej wysokości, że zaczynał się jakiś metr nad ziemią. Postawienie dwóch europalet pod nim niewiele pomogło – zakrywał tak mniej więcej od połowy uda w górę. Trzeba się pilnować przy schylaniu po mydło. Albo po prostu wyluzować. Woda, o dziwo, nie była lodowata. Australijczyk, który kąpał się przede mną wychodząc spod prysznica oświadczył z entuzjazmem, że „This water is not cold! It is just >oh fuck!<”. Uśmiechnąłem się nie do końca wiedząc co ma na myśli. Chwilę potem siarczyste „o fuck!” wyrwało mi się odruchowo jak tylko strumień wody posmagał mnie po plecach i już rozumiałem co miał na myśli.

© Greg

PS.
Autorem wszystkich zdjęć i zarazem przedstawicielem Organizatora jest Igor Eržen ( Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. ). Dziękujemy Igorowi za umożliwienie wykorzystania zdjęć i logo zawodów Slovenian Open Championships 2005.

Igor Eržen ( Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. ) is an author of the photographs and representative (Meet director) of the organizator. We thank Igor for permission for using the photographs and logo of the Slovenian Open Championships 2005.

 

Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: Joomla Template, mysql tables. Valid XHTML and CSS.