Home Zawody Made in China 2013
Made in China 2013 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Sław   

 

początek

zima 2012Wszystko zaczęło się... podczas  snowboardowego wyjazdu w polskie góry. Siedząc z Anetą na wyciągu krzesełkowym odbieram telefon od Kacpra z informacją, że siedzą właśnie z Jumbo i Robertem w knajpie w Trójmieście i opracowują plan wyprawy z paralotniami do Chin i „czy wchodzę w temat?”. Zamurowało mnie. Szybka kalkulacja za i przeciw oraz szacowanie kosztów i decyzja - J E D Z I E MY!

Wątpliwości „drugi wyjazd do Azji w tak krótkim czasie”, czy na pewno nas na to stać? Raz się żyje. Nie bez znaczenia jest też to, że inwestycja w szczepienia przeciwko zakaźnym chorobom poczyniona latem i jesienią przed wyjazdem do Indii - opłaciła się i nie będzie związana tylko z jednym wyjazdem.

Wczesną wiosną mejlowo ustalamy ostateczny termin wyjazdu i skład ekipy: nielatające Aneta (rohacka.pl), Alicja (była z nami w Portugalii na zawodach XC-OPEN w 2011) i Małgorzata oraz 6 paralotniarzy: Zeker (poznany przeze mnie na zawodach Carpathian Cup w 2010), Jumbo (GCG), Robert Zbela, ja (rohacka.pl), Dudi i Robert (GCG) - sprawca zamieszania i nasz przewodnik po Państwie Środka. Jeszcze tylko niezbędne formalności - zakup biletów lotniczych i z turystycznymi wizami do Chin oczekujemy na spotkanie w Pekinie.

Na miejsce docieramy w dwóch turach w odstępie jednodniowym.

RobertW tym miejscu kilka słów o roli Roberta Zagórskiego – który kilka lat spędził w Chinach, prowadzi tam interesy i zna język chiński, dzięki czemu został jednogłośnie wybrany przewodnikiem wyprawy. Bez niego prozaiczna na pierwszy rzut oka czynność zamówienia posiłku w restauracji, kupna biletów na pociąg czy samolot byłaby niemożliwa lub w najlepszym przypadku baaardzo trudna. Każdy wie jak wygląda alfabet chiński – więc można sobie wyobrazić miejsca, gdzie oprócz „krzaczków” nie ma na tablicach informacyjnych innych znanych Europejczykom znaków poza arabskimi cyframi (wszak cyfr Chińczycy używają takich jak wszyscy). Wyprzedzę w tym miejscu trochę chronologię zdarzeń i napiszę, że zadanie organizatora i przewodnika wyprawy Robert spełnił znakomicie. Począwszy od rezerwacji pokojów, przez sprawdzanie na bieżąco prognoz pogody w celu podjęcia decyzji, dotyczącej kierunku podróży, na wymianie waluty kończąc. Dziękujemy Robercie!

Robert zorganizował dla grupy, która przyleciała jeden dzień wcześniej, pomoc w postaci swojego współpracownika z Chin. Kyo (to imię) co prawda mieszkający w Szanghaju ale miał nam pomóc w zakupie kart SIM do telefonów komórkowych oraz oprowadzić po Pekinie.

 

Pekin

Ogromne (chyba jedno z największych na świecie) lotnisko. Nowy terminal, z którego City Express’em dojeżdża się do stacji metra dowożącego w dowolne miejsce w mieście. W Pekinie jest kilkanaście linii metra o łącznej długości ponad 400 km. Ludzie jakby nas (białych z ogromnymi worami kryjącymi paralotnie) nie zauważali. Zupełnie inaczej niż w Indiach, gdzie byliśmy atrakcją samą w sobie.

Krótki odpoczynek i niebawem kontaktujemy się z Kyo, a następnie wyruszamy na zwiedzing miasta. Kropi deszcz. Oglądamy okryty niesławą plac Tianan Men, następnie miasteczko olimpijskie. Potem kaczka po pekińsku (gdzieżby miała być lepsza niż w tym mieście ;-)).

zakazane miasto

Następnego dnia rano Kyo prowadzi do Zakazanego Miasta, gdzie jeszcze na początku XX wieku dostęp mieli tylko nieliczni wybrańcy, jak sama nazwa kompleksu wskazuje. Potem pierwsza na tym wyjeździe wspinaczka po widok na panoramę Pekinu.

Pekin jawi nam się ogromną światową metropolią. Są szerokie (na 3-6 pasów ruchu w jednym kierunku) arterie, ogromne biurowce i hotele oraz osiedla bloków minimum 20-piętrowych. Luksusowe ulice pełne butików (których w Polsce nie uświadczysz). Pod hotelami Bentleye, nowe Range Rovery. Niemalże na każdym kroku zamiatane są wszelkie papierki i inne okruchy, co powoduje odczucia czystości miasta.

metropolia

Dziś przybywa druga część ekipy i już w dziewiątkę + Kyo wsiadamy do pociągu nie „bylejakiego”, bo pędzącego z prędkością 300km w kierunku Linzhou – miejsca, gdzie mamy zamiar trochę sobie polatać.

Linzhou

Na miejscu tzn. w klubie paralotniowym w Linzhou (wymawia się Lindżoł) okazuje się, że trwają właśnie zawody paralotniowe w ramach 5th Anyang Air Sport Culture Tourism Festival & Chinesse Paragliding League. Uff długa nazwa. Trafiliśmy w sam środek terminu zawodów, ale na nasze szczęście nie rozegrano dotychczas żadnej konkurencji z powodu braku warunków do latania. Wpłacamy więc równowartość 100 zł i od tej chwili jesteśmy zawodnikami. Dziś szansa na pierwszy task.

briefingTrasa wiedzie po punktach wysuniętych dość mocno na przedpole malowniczego pasma górskiego o orientacji N-S. Startowisko na E. Niestety dziś wieje gradientowy wiatr z W. Termika powoduje, że pomimo zawietrznej, wieje jednak pod stok, ale w powietrzu mamy rodeo. Zeker na swoim Dudku podnosi ciśnienie wszystkim pilotom pokazując nieplanowane acro. Wyprowadza glajta nad głowę tuż nad drzewami. Na startowisku poruszenie. Chińczycy pytają o certyfikat glajta Zekera. Przecież to EN C. Kilku z Chińczyków oraz Robert Zbela z respektem podchodzą do dzisiejszych warunków atmosferycznych rezygnując z latania. Na metę dolatuje tylko 4 Chińczyków. Najdalej z Polaków doleciałem ja – zajmując V miejsce.

Nielotna część ekipy posiedziała na startowisku, w całości wyłożonym zielonym suknem, rozkoszując się widokami. Zarówno z ziemi jak i z powietrza góry wyglądają nad wyraz urokliwie. Nie znam się na geologii, więc mój opis może wydawać się infantylny, ale wygląda to mniej więcej tak: las  u podnóża gór, następnie pionowe ściany skalne, wypłaszczenie z zielenią, znowu pionowe skały, znowu pozioma hala, tak kilka razy i na szczycie płaskowyż porośnięty zielenią. Nigdy dotąd nie widziałem podobnych gór.

dziwne góry

Startowisko ok. 1200m n.p.m., lądowisko 300m n.p.m. Pasmo górskie o długości ok. 30-40 km z płaską bardzo szeroką doliną. Pod kątem dalekich przelotów miodu nie ma, ale ponoć jest to najpopularniejsze miejsce do latania w Chinach, a w zeszłym roku były tu organizowane Mistrzostwa Azji.

Kuchnia chińska

chińska kuchniaPo prostu świetna. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ponieważ jesteśmy dużą grupą, więc zamawiamy wiele potraw i mamy okazję wymieniając się tym co na talerzu, popróbować ogromu smaków. Np. w restauracji hot-pot (nie ma to nic wspólnego z hot spotem ;-)) siadamy przy blatach z kuchenkami i dostajemy wywar w garnku, do którego wrzucamy sobie surowe produkty ze stołu. A są to różne mięsa, podroby (np. oczodoły baranie) oraz warzywa, których nazw nie znamy. Inna knajpa – wewnątrz której wielkie chłodnie, z których każdy pobiera sobie to co mu się podoba a rolą kucharza jest sporządzić z tego potrawę dla gościa. Jednym słowem codziennie doświadczamy nowych smaków czasami jedząc rzeczy, o których w Europie nie myśli się w kategoriach - produkt żywnościowy. :-) To mit, że w Chinach jedzą psy. Bowiem psy przeróżnych ras są widywane przez nas masowo i mają się dobrze.

Drugi task

2 taskTrasa około 50 km o podobnym, do wczorajszego, stopniu trudności z końcówką po płaskim. Warunki o wiele lepsze, wiatr SE. Początek w dość słabej termice ale z minuty na minutę warunki się poprawiają. Można latać odważniej niż wczoraj. I tu klops. Robertowi Zagórskiemu przytrafia się podwinięcie, w wyniku którego obraca go w taśmach. Szybka decyzja – paczka i oto widać go dyndającego na zapasie. Ciekawostka: przez radio Dudi krzyczy „Robert rzucił pakę! Robert rzucił pakę!”. W odpowiedzi… Robert opadając na zapasie odpowiada spokojnym głosem „No tak rzuciłem paczkę, ale obracam się”. Automatycznie odpowiedział przez radio – adrenalina działała. Dostał więc komendę, żeby ściągnąć do siebie paralotnię, ale drzewa były bliżej. Przyjęły Roberta w swoje ramiona. Pechowo glajt i zapas na 4-metrowych drzewach były niedostępne z ziemi, więc Robert wezwał organizatora, który szybko dotarł do rozbitka oswobadzając szmatki Roberta i już wspólnie dotarli wieczorem do bazy.

Pozostali kontynuowali wyścig. Na metę tym razem wpadło 3 Chińczyków. Spośród reszty zawodników ja dotarłem najbliżej mety co dało mi IV miejsce w tym tasku. Zabrakło kilka kilometrów do mety. :-(

Po obiedzie pełne emocji opowieści z dzisiejszych przygód oraz składanie spadochronu zapasowego. Ktoś pyta który dzisiaj? 30 maja. Konkluzja – przecież jest taki przesąd lotniczy, że w Boże Ciało się nie lata. Robert się o tym przekonał, na szczęście bez przykrych konsekwencji.

Ostatnia konkurencja

task 3Następnego dnia na startowisku dowiadujemy się, że o godz. 16 planowana jest ceremonia zakończenia zawodów, więc organizator rozkłada krótki, niespełna 30-kilometrowy task. Niestety niebo zachmurzone całkowicie, a poniżej startu mleko. Przez cały okres otwarcia okna startowego pogoda się nie poprawia. Decyzja – heroiczny zlot do punktu startowego i dalej w kierunku następnego punktu zwrotnego w celu uzyskania minimum (ustalonego na 5 km). He, he łatwa zwózka.

Do godziny 16-ej gramy sobie z dwoma Robertami i Dudim w hali w pingponga i w badmintona. Fajne uczucie gdy białasy uprawiają narodowe sporty Chińczyków na ich własnym terenie. To daje dodatkowego smaczku temu zdarzeniu.

Zakończenie zawodów

Uroczysta ceremonia z oficjelami regionu i telewizją. Oczywiście poza Robertem nie rozumiemy ani słowa. Klaszczemy wtedy kiedy Chińczycy. :-) Okazuje się, że w generalce uplasowałem się na 5 pozycji i zostaję wywołany do odbioru dyplomu. (Robert zdradził mi później, że organizatorzy pytali go jak się wymawia moje imię, o nazwisko nie pytali ;-)).

poland team

Następnie klasyfikacja drużynowa. Ekipa Poland otrzymuje puchar za III miejsce a każdy z nas dostaje dyplom. Miło.

Kontynuacja zwiedzania chin

Następnego dnia znowu wsiadamy do superszybkiego pociągu kierując się do 6,5-milionowego miasta Xi'an (w prowincji Shaanxi). Wieczorem trafiamy na pokaz iluminacji świetlnych w starej części miasta. Główną atrakcją jest jednak słynna na cały świat wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO - Armia Terakotowa - ponad 7 tysięcy naturalnej wielkości figur wojowników "strzegących" grobowca cesarza pochowanego 200 lat p.n.e. Każda figura ponoć dysponuje innymi rysami twarzy.

Xi'an nocą.Armia Terakotowa.

Wkrótce samolotem wewnętrznych linii lotniczych zmieniamy nieco klimat i przenosimy się do prowincji Yunnan. Tam zatrzymujemy się w urokliwym i... wpisanym na listę UNESCO ;-) jednomilionowym ;-) miasteczku Lijiang zamieszkałym niegdyś przez lud Naxi (obecnie stanowiący folklorystyczną atrakcję turystyczną). To taki kurort górski a'la Zakopane tylko w innej skali, bowiem okoliczne góry są dwukrotnie wyższe od Tatr. Przełom Jangcy.Jeśli zatem przechodzimy do atrakcji przyrodniczych (a nie kulturowych) to naturalnym zdaje się być trekking. I tak właśnie zrobiliśmy, wybierając Wąwóz Skaczącego Tygrysa. To przełom rzeki Jangcy. Trekking trwał 3 dni (w jedną stronę); zatrzymywaliśmy się w uroczych górskich schroniskach. Tu trzeba wspomnieć o sporej przedsiębiorczości tubylców - otóż w pewnych punktach górskiego szlaku można było nabyć u nich napoje, słodycze oraz... marihuanę. :-) W kraju, który uchodzi za twardo-komunistyczne państwo policyjne! Następny punkt wycieczki to Śnieżna Góra Nefrytowego Smoka - gdzie można dostać się gondolką na wysokość 4506 m n.p.m., a stamtąd pieszo wznieść się jeszcze o 180 metrów wyżej. Tam urządziliśmy sobie imprezę tlenowa. Każdy z lekcji fizyki pamięta, że wraz z wysokością zmniejsza się zawartość tlenu w powietrzu. Chińczycy zachęcali więc do zakupu butli z tlenem. Mieliśmy 2 sztuki, więc puściliśmy sobie w kręgu jak fajkę pokoju. Taka to była impreza. :-) 4680 mn.p.m. to jednak nie był czubek tej góry, bowiem szczyt sięga 5596 m n.p.m.

Śnieżna Góra Nefrytowego Smoka.

Po tych atrakcjach przyrodniczych samolotem wróciliśmy do Pekinu. W tym czasie Robert w celach biznesowych udał się do Szanghaju na kilka dni. My zaś postanowiliśmy na koniec pobyty w Chinach zobaczyć Wielki Mur Chiński (UNESCO ;-)). Oczywiście mitem jest, że mur chiński to jedyna budowla na kuli ziemskiej widziana z kosmosu. Na własne oczy przekonaliśmy się, że mur ukryty w mocno zalesionych górach nie ma prawa być widocznym ze sputnika.

W kompleksie parkowym o nazwie Pałac Letni w Pekinie.Na murze Chińskim - na pierwszym planie Robert Zbela, dalej Sław, Malgorzata, Alicja, Dudi, Jumbo.

Na tym zakończyliśmy fascynujący pobyt w Państwie Środka - jak lubią nazywać swój kraj Chińczycy. Kraj którego nie sposób zwiedzić podczas 2-3 tygodniowego pobytu. Kraj wielkości całej Europy o największej ludności na świecie. Cóż, może tu kiedyś wrócimy... bo warto.

© Sław

 

PS. Literatura obowiązkowa dla paralotniarzy i lotniarzy: "Lot nad Chinami" wydawnictwa National Geographic autorstwa G.Santantonio, F.Loew

 

Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: Joomla Template, mysql tables. Valid XHTML and CSS.