Home Zawody Indie 2012
Indie 2012 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Sław   

 

chaosmiliony lat temu chaos

Na początku był chaos. Potem wielki wybuch i początek wszechświata. ;-)

 

7 lat temu marzenia

Na pytanie „Gdzie chciałbym latać?” postawione w 2005 roku (podczas projektowania pierwszej wersji strony internetowej naszego teamu) – niżej podpisany odpowiada „Blisko chmur. Ale moim marzeniem są Indie czyli przedgórze Himalajów”. W ten sposób ujawniłem światu (internetowemu ;-)) swoje marzenia związane ze zdobywaniem egzotyki Indii/Nepalu/Tybetu.

 

3 lata temu ustalenia

Wieczorne rozmowy przy czerwonym wytrawnym płynie w Sopocie w Bułgarii w grupie paralotniarzy z Polski i Słowenii. Jumbo, Matej, Sław, Tomo, Dudi, Kacper z żoną – to grono, w którym zapadły ustalenia a’propos wyprawy na latanie do Indii. Czyżby wpływ na to miał widok latających Hindusów biorących udział w tych samych zawodach co my czyli XC-Open Sopot 2009? Nie, nie, to nie chęć rewanżu na Hindusach bo najlepszy z nich był niżej sklasyfikowany od najgorszego z nas. Myślę, że wpływ na takie tematy rozmów miał jednak panujący w Bułgarii syf, który jest bliższy warunkom bytowania w Indiach niż w Europie.

 

pół roku temu decyzje

Kolejne spotkanie „na lataniu”, tym razem w Bassano. Spora część naszego teamu spotyka się z ekipą z trójmiasta z Jumbo i Kacprem na czele. Powraca temat Indii. Ku mojej uciesze projekt otrzymuje zielone światło. Hurra!

 

2 miesiące temu formalności

1 – szczepienia. Wzw A i wzw B (seria trzech szczepień w odstępie 1 miesiąc i pół roku), tężec i błonica (seria trzech szczepień), polio, dur brzuszny. Można jeszcze pomyśleć o malarii (powyżej 2000 m n.p.m. nie dotyczy) i wściekliźnie (małpy? bo przecież nie krowy uważane za święte).

2 – bilety lotnicze im wcześniej kupione tym teoretycznie tańsze.

lot

3 – wizy (bez biletów nie wlepią). Uwaga termin oczekiwania 14 dni roboczych.

 

19.10.2012 wylot

Okęcie.Okęcie, 13:00, samolot do Monachium gdzie spotykamy się z resztą ekipy: Jumbo, Andrzejem, Kacprem i Dudim.

Brakuje Roberta, z którym spotykamy się dopiero w Delhi na lotnisku im. Indiri Gandhi pomimo tego, że leciał tym samym aeroplanem co my. Postawił na wariant krótszego oczekiwania na lotnisku przesiadkowym podejmując ryzyko zagubienia bagażu, wszak 1,5 godziny na przemieszczenie glajta z jednego samolotu do drugiego na jednym z większych lotnisk w Europie może być niewystarczające. Jednak udało się.

Podsumujmy czas podróży: Warszawa-Monachium 1h40min, oczekiwanie w terminalu w Monachium 5h, Monachium-Delhi 7h.

 

 

20.10.2012 kontynuacja podróży

BusW Delhi czeka na nas umówiony bus z kierowcą (to sprawka Jumbo, który jeszcze w Polsce zaplanował szczegóły i zamówił odpowiednie środki transportu). Ciekawostka - kierowca zapytany jak się nazywa, przedstawił się z imienia, nazwiska i nazwy kasty do jakiej należy. Wytłumaczył, że to najwyższa kasta. Tiaaa, chyba że miał na myśli najwyższą kastę wśród kierowców ;-). Bo nie chce mi się wierzyć, że najlepiej urodzeni w Indiach siedzą za kółkiem 15h praktycznie bez przerwy. Tyle bowiem trwała jazda ok. 500-kilometrowego odcinka z Delhi do Bir Tibetan Colony - celu naszej podróży.

Ruch uliczny w Indiach nie ma nic wspólnego z korkami europejskimi. Wygląda specyficznie. Kierowcy nie używają pasów drogowych a widok białej przerywanej linii dokładnie pomiędzy kołami jednej osi stanowił jakieś 20% widoku przez przednią szybą. Dzięki temu na trzypasmowej szosie mieści się obok siebie 5 aut a do tego należy dodać rowerzystów, motoryksze (na autostradzie!), motocyklistów, a w miastach również pieszych i... krowy. Taaak, ciekawe zjawisko.
Dominują malutkie autka marki Maruti-Suzuki, albo Tata albo Mahindra. Stanowią 90% spotykanych producentów samochodów. Oczywiście są to marki indyjskie.
Powszechny w użyciu klakson zastępuje praktycznie potrzebę użycia kierunkowskazów. I o dziwo, wszystko funkcjonuje dosyć składnie. Przez 15h jazdy nie widzieliśmy żadnej kolizji. Co jednak nie będzie regułą. Ale o tym przekonamy się później.

Do kwater, które uprzednio ogarnął Stan (poznaliśmy się w 2009 roku na zawodach Carpathian Cup) będący na miejscu od ok. tygodnia, docieramy ok. godz. 23:00.

Wielu znajomych straszyło nas, że po wylądowaniu w Indiach doznamy s z o k u. Czy ja wiem? Po prostu inna kultura i dużo więcej ludności niż przeciętnie w Europie i tyle. Stan infrastruktury jak po trzęsieniu ziemi lub jak po kontrolowanej wojnie. Czyli domostwa trzymają się kupy tylko dzięki woli tysiąca bogów, których wizerunki widać praktycznie wszędzie. Hinduscy bogowie są bajecznie kolorowi i mają często głowy zwierząt oraz niewłaściwą liczbę par kończyn.

To tyle pierwszego wrażenia. No jeszcze jedno zdanie - w Polsce mamy niezłe drogi. Poważnie.

 

21.10.2012 latamy

Pierwszego dnia wylosowaliśmy bardzo fajny warun. Podstawy Cu na przyzwoitych 3000+.

StartowiskoStartowisko stanowią łąki na dwóch garbach na wiele kierunków wiatru poza północnym. Wysokość startowiska ok. 2400m n.p.m. Pomimo tego, że na pierwszy rzut oka startowiska wydają się rozległe, po bliższym przyjrzeniu okazuje się, że  jest jednak dosyć ciasno. No ale może liczba chętnych do startu buduje takie wrażenie.

Lecimy. Pierwsze spostrzeżenie jakie rysuje mi się w głowie to "Alpy są jakieś takie ciasne w porównaniu z TYMI górami". Ukształtowanie właściwie takie samo, główne pasmo ułożone SE-NW z odchodzącymi żebrami (ale nie takimi alpejskimi tylko GIGA-żebrami) w kierunku doliny, ale nie takiej alpejskiej doliny tylko GIGA-doliny. Trzeba jednak powiedzieć, że tu Himalaje się zaczynają patrząc od południa. Głębiej patrząc na północ, góry stają się wyższe z coraz uboższą szatą roślinną i w końcu ze śniegiem na szczytach. Ale to wszystko dopiero w kolejnych pasmach, które są w zasięgu dolotu, ale do których strach lecieć, bo w przypadku utraty noszeń powrót do "cywilizacji" (specjalnie w cudzysłowie - patrz wcześniejszy wpis) może trwać kilka dni. Na mapie widać, że góry dochodzą tu do ok. 6000 m n.p.m.

Nasze dzisiejsze loty.

 

22.10.2012 sztryms

Dzień bez historii. Pobujaliśmy się i tyle. 20-kilometrowych prze(z)lotów nie warto nawet opisywać. Od samego rana chmury warstwowe z nielicznymi cumulusami, a to się sztrymsowało a to się otwierało.

latamy

A jednak jest jedno fajne zdarzenie, o którym warto napisać. Otóż, latałem obok chmury, a właściwie pomiędzy dwoma chmurami w stabilnym noszeniu rzędu 1,5-2,0 m/s. Czasami zahaczając o krawędzie to jednego to drugiego obłoczka. Postanowiłem wypatrywać zjawiska zwanego widmo Brockenu. I udało się!!! Piękny pierścień tęczowy a w tle chmura, a wewnątrz pierścienia cień mojej paralotni ze mną podczepionym do niej. Ja w samym środku glorii! Zjawiskowe zjawisko!!!

Nie zarejestrowałem tego moim olympusem, bo przeżywałem to całym sobą. Mało się nie poryczałem ze szczęścia.

 

23.10.2012 pierwszy dzień treningowy

Poważny tytuł, ale niepoważne zachowanie organizatora zawodów Himalayan International Paragliding Championship .

SępWczoraj wieczorem rejestrowaliśmy się w biurze zawodów. Wpisowe dla obcokrajowców 100$, dla hindusów 1000 rupii (60zł). W celach rejestracyjnych należało przekazać kserokopię paszportu z wizą i... 3 fotografie paszportowe. Biurokraci hinduscy.

Organizator zapraszał pod biuro zawodów na 9:00 rano aby wywieźć zawodników na start. Nie wiem co planował, bo rano nie było nikogo w biurze. A więc wystawili nas do wiatru.

Dziś znowu latanie dowolne. Fajne warunki, trochę mocniejsze niż 2 dni temu. Na 25 kilometrze wystraszyła nas rozbudowująca się chmura, więc zawróciliśmy w kierunku startu. A mi znowu przytrafiło się widmo Brockenu. Polubiliśmy się :-).

Nie sposób nie wspomnieć o sępach. Te ogromne ptaszyska o rozpiętości skrzydeł nawet do 3 metrów pięknie farbują noszenia. Przy zbliżeniu się, straszą szponami wyciągniętymi w kierunku paralotni. Jednak nie atakują.

Wycisnąłem dzisiaj 113 kilometrów, ale na xcc zaliczone tylko 94 docel-powrót. Cała ekipa zadowolona ze swoich lotów.

Dziś Aneta z Andrzejem wybrali się do Dharamsali ok. 50km na zachód od Bir. Dwie godziny jazdy taksówką (1700 rupii w obie strony). 9km od Dharamsali w miejscowości McLeod Gandź mieszka Dalajlama - duchowy przywódca Tybetańczyków. Swoją siedzibę ma tam również rząd Tybetu na uchodźstwie.

 

24.10.2012 drugi dzień treningowy

Wczoraj w nocy była burza i lał deszcz. Dlatego, dziś rano nie było spręża bo myśleliśmy, że niebo szybko się zakituje. Start jak zwykle ok. 12 w południe. Latanie od żebra do żebra aż do Dharamsali. W ten sposób to co nielatająca część ekipy zwiedzała wczoraj przy pomocy taksówki, my dzisiaj obejrzeliśmy z powietrza. Dom Dalajlamy wygląda z góry jakoś tak skromnie, no ale sam człowiek też raczej nie krzykliwy. ;-)

W trakcie lotu można było zaznać: widmo Brockenu (mój ulubieniec), sępy, orły, deszcz, grad i odrobinę słońca. Chmury nas nie zawiodły :-) tak jak się spodziewaliśmy rano. Pękły trzy setki i dwie nieomal setki.

Ciekawy dzień mieli nielatający. Aneta z Andrzejem zwiedzili wszystkie okoliczne świątynie buddyjskie i nie tylko. M.in. mieli okazję przyjrzeć się i przysłuchać modlitwom tybetańskich mnichów. Emocjonujące!

Mnisi

 

25.10.2012 pierwszy dzień zawodów

Zakaz lotów do godz. 14:30 bo ok czternastej ma przybyć jakiś oficjel. No piękny początek zawodów. :-(

No cóż, czas dla całej ekipy na zwiedzanie Bir Tibetan Colony. Tu główną atrakcją są świątynie buddyjskie. Okazuje się, że jest ich tu sporo. Oglądamy również plantacje herbaty i uprawę ryżu.

 

26.10.2012 drugi dzień pierwsza konkurencja

DżipyNa startowisko jedziemy podstawionymi przez organizatorów dżipami (marki Tata, Force, Mahindra) z glajtami na dachu. W task comity mamy jednego Polaka (Stan Radzikowski), jednego RPAńca i 2 Hindusów. Dziś komisja rozpisała konkurencję 52-kilometrową. Na dobry początek może wystarczy.

Z naszych, do mety dolatują Stan, Sław i Dudi, tuż przed metą lądują Gaździna i Saper. Jumbo, Kacper i Robert w ogóle nie polecieli trasy wybierając free-flying czyli przeloty otwarte. Wykonali kopie lotów sprzed wczoraj.

Na lądowisku, Stan wyjaśnia, że trasy na tych zawodach raczej nie będą dłuższe ze względu na zróżnicowany poziom latania sportowego zawodników. Jest ponoć kilku uczestników, dla których te zawody są pierwszymi w życiu. Ale jednocześnie startuje np. Nevil Hullet rekordzista świata w przelocie otwartym.

Zgrywamy tracki z naszych gps-ów i wspólnie (cała polska ekipa) zasiadamy do obiadu tybetańskiego. Tybetańska kuchnia jest bardziej łagodna od hinduskiej, która potrafi wypalić twarz ostrymi jak brzytwa curry/chilli czy innymi diabelskimi masalami. Co ciekawe do obiadu trudno dostać piwo. Alkoholu nie ma w żadnym sklepie w wiosce. Oficjalnie trudno nawet o piwo w knajpach.

 

27.10.2012 drugi task

Na startowisku przed briefingiem oglądamy wyniki wczorajszej konkurencji. Całkiem przyzwoicie Sław 10, Dudi 17.

Dziś task 50,8km - czyli jeszcze krótsza trasa. Tym razem lecimy na wschód. Rozpoczynamy o 12. Start lotny o 12:45 wylot z 3-kilometrowego cylindra. Tym razem do mety dolecieli wszyscy Polacy. Nie dziwne, skoro tak łatwa konkurencja.

Jumbo szczęśliwie uratowanyAle ciekawiej działo się w gronie free-flyerów. Jumbo, Kacper i Robert znowu zdecydowali się na te swoje stówki. Zresztą tak już będzie do końca ich latania w Bir. Ale o tym potem. Teraz opiszę incydent jaki przydarzył się Przemkowi Jumbo Wojtkiewiczowi. Otóż Jumbo zamarudził na starcie albo dłużej się wykręcał i w konsekwencji Kacper odskoczył mu na kilka kilometrów. Więc Jumbo postanowił przycisnąć belkę speeda nieco mocniej niż zwykle aby wspólnie z Kacprem domknąć docel-powrót. Jednak blisko stoku dostał klapę i ... znalazł się na drzewie. Glajt 5m nad ziemią, na której bezpiecznie znalazł się Jumbo. Jednak wszystko ma miejsce na jakichś 2500m n.p.m.  Przez radio szybko poinformował kolegów, że wszystko w porządku i zabiera się za ściąganie paralotni z drzewa. Okazuje się jednak, że szybko w okolicy lądują Robert i dwóch Słowaków niosąc pomoc Przemkowi w zdjęciu glajta. Dzięki szybkiej akcji udało się wszystkim wystartować i dolecieć jeszcze do oficjalnego lądowiska. A rzecz się działa ok. 20km od startowiska/lądowiska.

 

28.10.2012 task 3

Po dwóch taskach obsunąłem się o oczko na 11 pozycję, Dudi awansował na 12.

Rano na niebie cirrus, ale zanim dojeżdżamy na górę jakby złe chmury przepaliło. Dziś do ekipy przelotowców dołącza Dudi. Eh, ten pęd do kilometrów... Zanim ustalono konkurencję Jumbo, Kacper, Robert i Dudi znaleźli się w powietrzu. My z dołu obserwujemy jak trudno jest chłopakom zbudować wysokość. Jednak ten cirrus swoje nabroił i termika dziś wstaje niemrawo. Miodu nie ma.

Tym dziwniejsza wydaje się decyzja task comity. Dziś mamy zadanie o długości 77 km. Nareszcie coś ambitniejszego w zestawieniu z warunem. Startujemy. Stawka zawodników wykręca się jednak dużo sprawniej niż koledzy przed godziną. Albo warunki się poprawiły, albo w stadzie łatwiej się kręci kominy. Pewnie jedno i drugie. :-)

WidoczekFajny task. Na początku lecę w czubie. Dobrze mi żre. Przyspieszam i ... niestety spadam zbyt nisko. Czekają mnie żebry. - No ile to musi jeszcze trwać. - Może tu coś będzie. - O, czyżby kominek. - Nareszcie!!! Wyskrobałem się z tej dupy i kontynuuję taska. Ale trwało to moim zdaniem wieczność.

W międzyczasie Dudi przez radio podpytuje mnie o konkurencję. Okazało się, że punkty, które mu dyktowałem wklepywał do gpsa i zdecydował się wrócić nad start i polecieć jednak taska. W rezultacie, jednak nie udało mu się dolecieć do mety bo termika wcześniej przygasła.

Jutro rano Aneta, Andrzej, Jumbo, Kacper i Robert ruszają do Manali w dolinę Kulu oglądać wysokie Himalaje. Do ekipy dołącza jeszcze trójka Rumunów. Akurat na dwa dżipy. Zapowiada się fajna wyprawa. Zostaję więc już tylko z Dudim aby kontynuować zawody.

 

29.10.2012 task 4

Po trzech konkurencjach spadłem o kolejne oczko. Jestem więc 12. Przyglądam się wynikom bardziej wnikliwie. Staram się zapamiętać gości przede mną i bezpośrednio za mną. Zapamiętuję oczywiście nazwy glajtów a nie nazwiska, bo po nazwisku ich w powietrzu nie rozpoznam. ;-) Postanowiłem więc pilnować swoich konkurentów i w razie możliwości przed metą przyspieszyć i ich rysnąć.

Rozłożono task 70,8 km. Dobrze. Im dłuższy tym łatwiej będzie mi odrobić punkty. Jednak briefing jakoś się opóźnia. Okazuje się, że wpłynął protest na jednego ruska. W proteście pilot z RPA poinformował sędziego, że pilot Enzo z Rosji wlatywał permanentnie w chmury. Protest zostaje przyjęty. Rosjanie są niepocieszeni i głośno dyskutują z sędzią i organizatorem zawodów. Tylko tracimy czas.

Briefing

Start przesunięty o 45 minut. To na prawdę późno. A do oblecenia 7 dych. Dobra pełen skupienia zaczynam lot. Do mety docieram po bardzo udanym locie w czubie. Wszystko mi wychodziło. Podejmowałem indywidualne (nie stadne) decyzje i wybierałem idealne miejsca do wykrętek.  Po lądowaniu mam banana na twarzy. :-) Zupełnie inaczej niż Dudi, któremu akurat dzisiaj nie wydało.

Kontaktuję się po lądowaniu telefonicznie z Anetą. Okazuje się, że dotarli do Manali i ponieważ na jutro zamówili dżipy aby jechać w wysokie góry kupują sobie właśnie ciepłe ciuchy bo wysoko leży śnieg. Prawdopodobnie nie będziemy mieli przez najbliższe 2-3 dni kontaktu, bo na 4000 metrów może nie być zasięgu gsm.

 

30.10.2012 task 5

Po wczorajszym udanym locie awansowałem o 2 oczka na dziesiątą pozycję. Na dzisiejszym briefingu otrzymujemy informację, że szykujemy się właśnie do ostatniej konkurencji. Dziś dostajemy też koszulki z emblematem logo zawodów. Nareszcie, bo pozostał by niesmak, gdyby nie rozdali koszulek. ;-)

Wczorajszy protest - uznany. Ruskowi odjęto 200 punktów.I dziś rano znowu "rozróba". W obronie kolegi przekrzykują się z organizatorami niektórzy rosyjscy zawodnicy. Ustalono jednak, że jeśli coś im nie pasuje, to przysługuje im protest za 20 euro. Napisali. Ale dzięki temu reszta mogła ruszyć do ostatniej konkurencji.

Pola ryżoweDzisiejsze zadanie to ok. 60 km. Kumuluję przed startem całą swoją ambicję aby dobrze i co najważniejsze szybko polecieć. Start lotny - jak zwykle, nieco spóźniony, ale dzięki temu mam obraz jak nosi lub dusi w drodze na pierwszy punkt zwrotny, wszak mam przed sobą czołówkę kilkunastu paralotniarzy. Z każdym kilometrem zbliżam się do czołówki peletonu. W połowie trasy orientuję się, że przede mną jakoś mało glajtów. Obrałem inną trasę niż większość - na skóśkę. Wydało! Na mecie jestem szósty lub siódmy, zaraz za wyścigówkami. Super!

Metę stanowił cylinder o promieniu 400 metrów ze środkiem w centrum lądowiska. Ja, ziemi dotknąłem jakieś 380 metrów od punktu. Chciałoby się powiedzieć "idealnie wyliczony dolot". Ale tak na prawdę to sporo szczęścia w tym pośpiechu miałem.

Organizator przez megafon wzywa wszystkich zawodników do szybkiego zdania gpsów, bo za kilka godzin odbędzie się uroczystość wręczenia pucharów. Do samego końca nie wiem kto wygrał i jakie są nasze lokaty.

Rozpoczyna się uroczystość. Po przemówieniach pani burmistrz (czy jak się to w Indiach nazywa) wręcza puchary w klasyfikacji Hindusów. Wygrał Hindus, drugi Hindus, trzeci Hindus.  Potem klasyfikacja kobiet Hindusek. Bezapelacyjnie wygrała Hinduska. Drugiego i trzeciego miejsca nie przyznano, bo startowała tylko jedna. Czas na klasyfikacje międzynarodowe - International. Wśród kobiet na najwyższym stopniu podium staje Gaździna czyli Agnieszka Schwenk. Gratulacje! Polka górą nad Rosjankami. Na koniec International Open - pierwszy Hindus, drugi i trzeci RPAńczycy. Szkoda, że nie przyznano nagród w klasie SPORT (inni organizatorzy zawodów zwykle to robią), bo stanąłbym na podium. :-( Trudno, splendor nie dla mnie.

Zwycięstwo Agnieszki

Koniec uroczystości, a my wciąż nie znamy swoich lokat. Brak listy końcowej. Hindusi mówią, że jutro w biurze zawodów. O!

Ręce opadają.

Brak kontaktu telefonicznego z wysokogórską częścią ekipy.

 

31.10.2012 free flying

Rano po drodze na startowisko zahaczamy z Dudim o biuro zawodów i dostajemy wydruk wyników ostatniej konkurencji i wyniki całych zawodów. Polacy: Stan - 6, Saper - 8, ja - 10, Gaździna - 11, Dudi - 19.

Znowu inwersja. Umawiamy się na lot po kilometry. Ale dnia ubywa w zastraszającym tempie a i termika wstaje coraz później. W rezultacie pozostaje nam ok. 4 godzin latania. To daje max 70-80 km.

Wieczorem ustalamy, że dość już tego latania i rano planujemy jechać do doliny Kulu z nadzieją na spotkanie z grupą wycieczkowiczów. Wciąż nie mamy z nimi kontaktu. A na pewno mają fajne widoki:

W Himalajach

 

1.11.2012 rafting

Rano wsiadamy do taksówki (maciupkie suzuki alto) i ruszamy w ślad za Anetą, Jumbo, Kacprem i Robertem. Decydujemy się na przystanek w Kulu. To miejscowość znajdująca się w połowie urokliwej doliny, którą prowadzi droga w bajkowy świat skały i śniegu (oglądane przez wyżej wspomnianych). W dolinie poza krętą drogą wije się również kręta rzeka o charakterystycznym turkusowym kolorze (podobnym do barwy Soczy w Słowenii).

RaftingSkoro jest rwąca rzeka to czemu nie spróbować raftingu? Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Dudi spływał już pontonem po Soczy w Alpach, dla mnie będzie to pierwszy raz. Obgadujemy warunki i cenę (podstawowy obowiązek turysty w Indiach, w przeciwnym wypadku, po zrealizowaniu jakiejkolwiek usługi można usłyszeć cenę z kosmosu sięgającą nawet krotności x10). Korzystamy z firmy adventuretrip.in. Wybieramy 1,5-godzinny spływ 14-kilometrowym odcinkiem rzeki Beas. Krótki briefing z jedną ciekawą komendą, która moim zdaniem była w ciągu spływu nadużywana. Chodzi o komendę "Forward pedals!". Czyżby chodziło o "naprzód pedały!"? ;-)

Totalnie zmoczeni wracamy do hotelu. Kontaktujemy się z Anetą, która potwierdza jutrzejsze spotkanie w drodze do Delhi.

 

2-8.11.2012 miłe złego początki

Rano wsiadamy do busa, którym już w komplecie (a nawet nadkomplecie - do naszej ekipy przyłącza się się Stefan z Rumunii) ruszamy w kierunku osławionych zabytków z Taj Mahal na czele.

Do Delhi docieramy wieczorem. I tu moja opowieść właściwie powinna się kończyć, gdyż to początek mordęgi i cierpienia w syfiastym skomercjalizowanym miejscu przewidzianym dla chmary turystów z wielu krajów świata. Mapa zwiedzania wygląda jak trójkąt FAI:

Trójkąt FAI

Kojarzy mi się z trójkątem bermudzkim. Totalny chaos na drogach i na ulicach. Niemalże jak sprzed początku wszechświata (patrz początek tej relacji).

W każdym razie dla porządku należy wymienić co udało się nam zwiedzić (po kolei na fotkach):

  • Main Bazar w Delhi,
  • Red Fort Lal Qila w Delhi,
  • Qutb Minar w najstarszej części Delhi
  • Taj Mahal w Agrze,
  • Agra Fort w Agrze,
  • Fatehpur Sikri (umarłe miasto),
  • Hawa Mahal (pałac wiatrów) w Jaipur,
  • Jantar Mantar (obserwatorium astronomiczne) w Jaipur,
  • Amer Fort w Jaipur.

Main BazarRed Fort DelhiQutb Minar

Taj MahalAgra FortFathepur Sikri

Pałac WiatruJantar MantarAmer Fort

Zabytki bez dwóch zdań warte obejrzenia. Niektóre nawet można uznać za perełki. Co z tego, kiedy znajdują się w kupie śmieci i krowich odchodów,  których nie sposób ominąć. Na domiar złego, na każdym kroku zaczepiający nas handlarze tandety zwanej pamiątkami oraz wszechobecny smród o charakterystycznej słodkiej nucie. ;-) Na dodatek, ostra i męcząca na dłuższą metę kuchnia indyjska.

To wszystko sprawia, że z utęsknieniem oczekujemy z Anetą daty wylotu do Polski.

 

PODSUMOWANIE

Wyprawa życia - jak lubiłem nazywać nasz wyjazd zanim wsiedliśmy na Okęciu do samolotu okazała się faktycznie wyprawą życia. Pierwsze 2 tygodni te z lataniem i zwiedzaniem Himalajów - rewelacyjne. Trzeci tydzień - jednym z najtrudniejszych tygodni wakacyjnych życia. Przed wyjazdem czytałem kilka książek o podróżowaniu po Indiach m.in. "Mozaika indyjska" Tomasza Mazura, "Masala" Maxa Cegielskiego, "Lalki w ogniu" Pauliny Wilk, "Jadę sobie" Marzeny Filipczak. Z niektórych można było wysnuć wniosek, że Indie mogą wzbudzać skrajne emocje. Albo się w nich człowiek zakochuje i po powrocie do ojczyzny natychmiast zaczyna planować następny wyjazd do Indii, albo się Indie nienawidzi i przysięga że nigdy więcej tam nie wróci. Obecność TAM pozwoliła mi to zrozumieć.

Koniec

Na pytanie, "czy polecałbyś wyprawę do Indii na latanie?" odpowiedziałbym - TAK. Na latanie N A L E Ż Y tam pojechać. Jednak z całego serca odradzam zwiedzanie. Chyba, że należysz do osób, którym nie przeszkadzają opisane w ostatniej części warunki. Ja np. nie należę do wygodnickich, nie potrzebuję hoteli pięciogwiazdkowych, wystarczają mi warunki kempingowe (w Europie), ale przerosło mnie to co zobaczyłem i przeżyłem w "środkowych" Indiach. Jednak muszę tu przytoczyć jedno zastrzeżenie. Na moją opinię trzeba patrzeć przez pryzmat tego, że był to mój pierwszy wyjazd poza kontynent europejski.

I tu muszę przeprosić Bułgarów, za to co napisałem na początku tego tekstu w akapicie pt. "ustalenia". Bułgaria jest bowiem czyściutka i zadbana. Bułgaria nie ma nic wspólnego z Indiami.

© Sław


PS. Jeśli dotarłeś do tego miejsca i jakimś cudem ;-) jest Ci jeszcze mało to, w prasie paralotniowej znalazłem kilka artykułów o lataniu w okolicach Bir Billing. Są to: Cross-Country PL 4(84) z 2003 str. 46-52, Cross-Country PL 16(96) z 2005 str. 51-59, Vario 2(2) z 2012 str. 26-29.

 

Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: Joomla Template, mysql tables. Valid XHTML and CSS.