Home Przeloty Życiówka
Życiówka PDF Drukuj Email

Od początku tygodnia czułem przez skórę, że czwartek, 14 maja to będzie ten dzień.
Od wtorku mieliśmy polarno-morską masę powietrza, która przy silnym wietrze dawała w prawdzie piękne szlaki ale wczesnym popołudniem niebo kitowało się aż do wystąpienia przelotnego deszczu. Jednak prognozy ze środy na czwartek były obiecujące a czwartkowy komentarz synoptyka ICM potwierdzał moje przeczucia:

"Nad Polską ciśnienie powoli, lecz stale obniża się, ale klin wyżowy nie zmienia swojego położenia, a to oznacza tłumienie konwekcji przez siadające zimne, ciężkie powietrze i znacznie mniejsze zachmurzenie konwekcyjne aniżeli w dniu wczorajszym i oczywiście brak przelotnych opadów deszczu, i słabszy wiatr."

Czwartek 14.05.2009. (Źródło: http://rapidfire.sci.gsfc.nasa.gov/subsets/)

 

W drodze do Konopek spotykamy się z Kacprem, który akurat fotografuje służbowo w Łomiankach:
- Już zaczyna działać, nie mogłem wylądować z napędem. Podstawy nie będą wysoko ale węszę piękne szlaki i dużo noszeń.

Rzeczywiście - pierwsze chmury zaczęły tworzyć się ok 10:00 czyli o godzinę później niż w poprzednich dniach. O 11:00 powinniśmy być w powietrzu a my dopiero zaczynamy się szykować.

Lecę pierwszy. Jest 11:30, hol na 420m, vario porykuje gdy przelatuję przez noszenia. Po wyczepieniu nie ma problemu z zabraniem - przy tym kierunku wiatru komin który, był na środku pasa zdążył oprzeć się o las i ponownie zasila chmurę. Jadę pod podstawę w 2-3m/s noszeniu. Mimo, że powietrze bardzo rześkie (zimno) nie ma chłosty. Noszenia mimo wczesnej pory są dość szerokie. Pachulak właśnie się wyholował i leci do mnie. Wyjeżdża z zupełnej dupy, z 50-70m. Jest o pół komina za mną. Lecimy.

Dalej jest już tylko lepiej. Podstawy poszły z 1800m na 2100m, wszystko działa jak w książce, logicznie. Kominy - pewne i równe 3-ki, 4-ki, 5-ki są tam gdzie powinny być. Jedyne co przeszkadza do ziąb. Cały czas lecę powyżej izotermy 0stC. Przeskoki z puszczonymi sterówkami żeby pobudzić krążenie w dłoniach. Na radiu mam chłopaków z Borska - co ciekawe lecą w przeciwnym kierunku, na zachód. Przemek wyląduje w okolicach Goleniowa - 250km od Borska.

Ok 13-tej w okolicach Zalewu Zegrzyńskiego gubię Pachulaka i dalej lecę sam kursem 120st z nieco bocznym wiatrem. Inaczej musiałbym lecieć na Pałac Kultury. Liściu poleciał całkiem na wschód.

Szlaki po horyzont. Prędkość ok 60kmh z wiatrem. Pora na siku. Metoda opracowana tydzień wcześniej w Levico sprawdza się doskonale - trzeba tylko odpiąć kokpit, rozpiąć kokon, stanąć na podpórce i wypiąć się mocno do przodu i... wlatuje w 3 metrowy komin... zrzucam balast, dokręcam i lecę dalej na pusto :-)

Termiczna maszyna działa perfekcyjnie. W okolicy Mińska sztuczny sufit jest na 1050m npm i tak przez kolejne 36km. Nie jest łatwo utrzymać taką wysokość, zwłaszcza w taki dzień gdy podstawy na 2100. Podkręcam do 1050 i decyduję się lecieć po prostej ile się da. Udaje się do końca bez jednego podkręcenia. Pół godziny jazdy jak po autostradzie - czegoś takiego doznałem po raz pierwszy w życiu. Ciepło. Z tego miejsca ciągle widzę swoje osiedle - w zasięgu dwóch kominów z bocznym wiatrem. Korci żeby choć raz przylecieć do domu.

Jest już zaawansowane popołudnie, na zegarze 160, 180, 200 kilometrów od Konopek. Przy każdej kolejnej dyszce zastanawiam się ile jeszcze dziś można, jak długo utrzymają się te szlaki, o której godzinie wykręcę ostatni komin i jaki będzie z niego dolot. Każde kolejne przeleciane 10km czyni 300km coraz bardziej realnym choć - co ciekawe - w tym locie ani razu 'trzy stówy' nie przechodzą mi przez myśl. Rano plan był taki: Mińsk - może być, Siedlce - optymalnie, Lublin - zajebiście... zaraz, zaraz co to za miasto tam po prawej... Lublin!

Cholera znowu chce mi się sikać. Z zimna. Normalnie nie miewam takich kłopotów w powietrzu. Pode mną Łęczna, sik i znowu pełen energii mogę lecieć dalej. Chmury się kończą. Kilkanaście minut później ląduję nad Wieprzem. Już wiem skąd wzięła się nazwa - pokręcona ta rzeka jak świński ogon. Jestem 266km od miejsca startu. Mimo ponad 7 godzin spędzonych w powietrzu psychicznie ciągle jestem świeży jednak zimno zdemolowało mnie fizycznie.

Kiciuś nagrywa mi Grześka z Łęcznej, który wiezie mnie do Lublina, skąd zabiera mnie osobista obsługa naziemna tzn. żona. SPOT się przydał - bez dzwonienia i tłumaczenia od razu wiedziała dokąd jechać. O 23-ej jesteśmy w domu.  Zwózka idealna. Dzięki Wam wielkie.

***
 

Podsumowanie:
W kwestii technicznej nie było większych błędów w tym locie. Nie wleciałem po drodze w żaden poważny kryzys, no może oprócz kwadransa straconego w okolicach Serocka. Są jednak 3 rzeczy, które można było zrobić lepiej:
  • start o 40 minut wcześniej
  • dokręcać podstawy w ostatniej fazie lotu (porzucałem kominy jakieś 400m przed końcem - trzy takie kominy dałyby mi dodatkowe 10km + dryf; w sumie jakieś 15km)
  • prawdopodobnie gdyby '300' było z tyłu głowy to dokręcałbym te kominy do końca a tak to sam nie wiedziałem ile chciałbym polecieć ;-)
Z powyższego wynika, że tego dnia można było polecieć moje 272km + 18km wcześniej startując + 15km dokręcając kominy do końca = 305km. A gdyby to był koniec czerwca, dodatkowa godzina dnia... 350km na seryjnym glajcie jest do zrobienia w naszym piękny kraju. I taki jest plan.

© Tomo

 

Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: Joomla Template, mysql tables. Valid XHTML and CSS.