Home Historia
Historia PDF Drukuj Email

 

Historia, którą czytacie wydarzyła się naprawdę a postacie biorące w niej udział są autentyczne.

Rozpoczyna się właśnie ciepły sierpniowy weekend 2001 roku...

Warszawa.
Dobiega końca jeden z najdłuższych tygodni w moim życiu. Te 5 dni, które upłynęły od ostatniej niedzieli, kiedy to latania na Żarze było po pachy, ciągnęły się w nieskończoność. No, ale nareszcie jest piątek a to oznacza, że jutro bladym świtem grzeję do Szczyrku, gdzie od tygodnia rezyduje Greg.

Szczyrk.
Jestem o czasie. Dochodzi 9.00 Greg właśnie kończy śniadanie. Pojawia się Sławek, którego pierwszy raz widzę na oczy i Jaro, którego już parę razy widziałem. Też na oczy.
Wieje S. Jedziemy do Donovaly. Wiatr pogrywa na gałęziach a na startowisku urywa łeb. Czekamy godzinę – trudno powiedzieć czy na uruchomienie wyciągu czy na warun. Zależy co będzie pierwsze. Tym razem padło na wyciąg. Zjeżdżamy pogrążeni w smutku.
Ale, ale... nie wszystko stracone! Niejaki Emil, napotkany przypadkiem na dole zeznaje, że niedaleko Liptowskiego Mikulasa jest górka, która daje nam cień szansy na polatanie. Pakujemy się szybko i drogą, którą tylko Jaro może odnaleźć na mapie, dostajemy się w ciągu niecałej godziny na miejsce. Normalnemu człowiekowi przejechanie tego odcinka zajęłoby 90 minut. Napięty glajciarz nie jest normalny dlatego czasem potrafi dokonać rzeczy, które można oglądać jedynie na filmach.

Rohačka.
Oto jest. Nasze wybawienie. Tu marzenia o lataniu stają się rzeczywistością. To nasza Mekka. Przynajmniej na dziś.
Nasze „wybawienie” ma na oko ze sto metrów wysokości i zero możliwości dostania się nań inaczej jak za pomocą własnych nóg. Jest częściowo porośnięte lasem a szczyt zwieńczony groźnie wyglądającą skałą. Qrde, nie pamiętam kiedy ostatni raz latałem z takiego pagóra. Zostawiamy lekko przemęczone samochody u podnóża tego czegoś i podążamy w skwarze w kierunku grupki kursantów, którzy startują z połowy góry by po 10 sekundach lądować w pobliskim stadzie krów. Jeden za drugim - jakby trenowali lądowanie na celność.
jedno z niewielu zachowanych zdjęć z TEGO pamiętnego dniaW drodze na startowisko jesteśmy kilkakrotnie rażeni prądem. To pasterz elektryczny daje nam znać, że kontroluje sytuację.
W pocie czoła gramolimy się na szczyt tego stumetrowego monstrum. Z nieba leje się skwar. Nogi oblepione nasionami, pyłkami i robakami, które zbieramy przedzierając się przez wysokie na pół metra zielsko. Spora dawka fauny i flory dostaje się też do butów gdzie ulega starciu na zieloną miazgę. Muchy krążą nad zlanymi potem ciałami. Rohačka zaczyna dawać do pieca wystawiając na próbę naszą determinację.

Latamy.
Ten rozdział można pominąć. To co tam było trudno nazwać lataniem chociaż niektórzy mają na ten temat inną opinię. Po prostu... Rohačka.

 

jedno z niewielu zachowanych zdjęć z TEGO pamiętnego dnia

Składamy glajty.
Rutynowa czynność. Ale nie pod Rohačką! Na łące, jak to na łące, pasą się konie. Nie są to jednak zwykłe konie, zaprzęgowe. To konie polne. Tysiące koni polnych. Różnej maści i wielkości. Czyhają pośród źdźbeł na glajciarzy by zadać im cios w samo serce gdy tylko ci rozłożą glajty na trawie. Nie ma takiej siły – oprócz siły pestycydu – która by tą szarańczę przegoniła. Jeden koń przepędzony ze stabila to pięć innych na drugim.

Wieczorem.
Instalujemy się na kempingu gigancie w Liptowskim Mikulasu. Jedyne czego chcemy to prysznic i piwo. Rohačka skopała nam tyłki. Nauczyła pokory. Pokazała na czym polega prawdziwy paragliding. Nauczyła wytwałości i pokory wobec sił natury. Co do tego nie ma wątpliwości. Resztę wieczoru wypełniają nam ciętę żarty podlewane piwem. Na wiadomy temat. A rano, tuż po przebudzeniu staropolskie „osz kur...” ustępuje miejsca zachrypłemu „Rrrohačka”.

Niedziela.
Kolejne próby złamania Rohački kończą się zlotem z gołą klatą z wiatrem w plecy. Zanosi się na burzę. Czas wracać do domu.

Po co ten dziennik ktoś zapyta? Otóż to co wydarzyło się owego pamiętnego weekendu miało istotny wpływ na dalszy rozwój naszych paralotniowych karier. Kilku pilotów o podobnym doświadczeniu (wówczas mizernym) wybiera się na latanie, z którego z grubsza nic nie wychodzi. Ten wyjazd zaowocował jednak czymś więcej...

Oto na początku 2002 r rusza Liga Wrocławska. Tworzą się naprędce teamy, ludzie tłumnie zapisują się na zawody. My też musimy się jakoś nazwać jeżeli chcemy polatać w Lidze. Nazwa narzuca się sama. Nazywamy się ROHAČKA PARAGLIDING ASSOCIATION. Stało się jasne dlaczego Rohačka obeszła się z nami w tak niecny sposób – zamiast latania były pot, prąd i koniki polne. Dziś wiemy, że chodziło o coś więcej niż samo tylko polatanie w letni dzień. Tu chodziło o Team.

Latanie w zespole daje możliwości dużo ciekawszego latania. Latanie w zespole jest bezpieczniejsze. Zespół współpracuje nie tylko w powietrzu ale i na ziemi – odkąd mamy Team nie ma problemów z transportem na latanie, ze zwózką czy odbiorem auta ze startowiska.

Nasz team to w kolejności alfabetycznej:

  • Aneta Sawczuk-Kędziak
  • Artur Woźniak
  • Grzegorz Fabijaniak (Greg)
  • Grzesiek Dudka (Dudi)
  • Janusz Fuzowski
  • Jarosław Paluch (Yaretzky)
  • Piotr Besser (Pietia/Pirat)
  • Rafał Pachulski (Pachulak)
  • Sławek Kędziak (Sław(ny))
  • Tomasz Szczepański (TomaSz)
  • Tomek Machałowski (Tomo)
 

Stworzone dzięki Joomla!. Designed by: Joomla Template, mysql tables. Valid XHTML and CSS.